Go to content Go to navigation Go to search

Maranatha!

November 26th, 2010 by xAndrzej

Dopiero teraz wyraźnie zobaczyÅ‚em czym koÅ„czy siÄ™ Biblia. ÅšwiÄ™ty Jan ApostoÅ‚ swojÄ… apokaliptycznÄ… wizjÄ™ koÅ„czy wezwaniem: “Maranatha! Przyjdź, Panie Jezu!”. WoÅ‚anie, aby Jezus przyszedÅ‚ powtórnie, aby przychodziÅ‚ w każdej chwili naszego życia nie jest tylko adwentowym aktem strzelistym, ale caÅ‚Ä… syntezÄ… naszej wÄ™drówki po ziemi ku niebu. Najważniejsze, aby Pan przyszedÅ‚ i byÅ‚ blisko nas. To wcale nie jest dziwaczne ani Å›mieszne, że ludzie gÅ‚Ä™bokiej wiary majÄ… mistyczne wizje, że sÄ… tak zapatrzeni w Boga, że zaczynajÄ… odczuwać Jego bliskość wrÄ™cz fizycznie. W maju 2009 roku, w koÅ›ciele OO. Dominikanów w Krakowie, tuż przed komuniÄ… Å›wiÄ™tÄ…, 97 letni ojciec Joachim Badeni miaÅ‚ prorockÄ… wizjÄ™ Paruzji - przyjÅ›cia Pana. Nagle zobaczyÅ‚ Å›wietlistÄ… postać Jezusa, przed którym uciekaÅ‚o wszelkie robactwo, jak uciekajÄ…ce demony przed Barankiem siedzÄ…cym na tronie z Apokalipsy Å›w. Jana. Ojciec Badeni odczuÅ‚ bardzo wyraźnie i mocno, że ostatniÄ… jego kapÅ‚aÅ„skÄ… posÅ‚ugÄ… ma być budzenie w ludziach wiary w powtórne przyjÅ›cie Jezusa - w ParuzjÄ™. Na czym wedÅ‚ug niego polegać ma wiara w ParuzjÄ™?
Po pierwsze na uświadomieniu sobie, że Bóg jest blisko. Nawet najbardziej pobożnym ludziom zaciera się świadomość tego, że Bóg żyje, widzi, słyszy i w każdej chwili naszego życia jest blisko nas. On nie jest Bogiem odległym, nieczułym czy ślepym! Pierwsi chrześcijanie żyli długo w przekonaniu, że Bóg przyjdzie lada chwila, że jest już bardzo blisko, więc trzeba być gotowym na spotkanie. Potem ta czujność jakby się uśpiła. Dzisiaj, po dwóch tysiącach lat od ziemskiego życia Jezusa, nie do końca wierzymy, że On jest blisko. Przyzwyczailiśmy się do Niego, do Jego obecności. Wierzymy, że jest, ale jest bardzo daleko od nas, od naszych spraw, kłopotów, zmartwień. To straszna pomyłka uważać, że Bóg jest gdzieś daleko i żyć tak jakby On nie miał żadnego wpływu na naszą doczesność.
Po drugie, wiara w Paruzję przypomina o totalnym zwycięstwie dobra nad złem. I choć zło wygrywa w naszym życiu niejedną bitwę, to i tak wojna będzie w całości wygrana przez dobro. Ostatnie słowo naszego życia będzie należeć do Jezusa! A skoro to ON ma decydujący głos, więc możemy być pewni, że razem z Nim zwycięży każdy odruch dobra istniejący w nas i świecie. Daje mi to olbrzymią nadzieję w obliczu mojego osobistego życia jak i tego na zewnątrz. Nie muszę się bać ani o Kościół, ani o wiarę, bo one ostatecznie zadecydują o naszym zwycięstwie.
Po trzecie, taktyka Paruzji to zwycięstwo przez mękę, przez trud i prześladowania. Chrystus przychodzi z mocą, żeby rozwalić w nas grzech, żeby zniszczyć wszelkie zło świata. Nic więc dziwnego, że gdy przychodzi, żeby wejść w komunię z nami, musi toczyć walkę ze złem w nas. A zło nigdy nie odpuszcza samo z siebie, diabeł walczy do końca, choć z góry stoi na przegranych pozycjach. Jeśli więc mam czasem wrażenie, że wszystko mi się rozwala mimo dobra i głębokiej wiary, jeśli doświadczam, że po modlitwie zamiast sukcesów przychodzą klęski i doświadczenia - to nie mogę się załamywać ani wątpić, bo to wszystko jest znakiem, że Pan jest blisko, że przychodzi do mnie z mocą, która musi zwyciężać w duchowej walce z moimi zniewoleniami.
Wołam więc wyraźnie i głośno: Marantaha! Przyjdź, Panie Jezu!

Migawki z życia:
Ciekawe, że w miarę upływu lat ma się wrażenie, że czas biegnie szybciej. Może to tylko sprawa tego, że coraz więcej za nami, a coraz mniej przed? Żyję bardzo intensywnie, choć może dopiero teraz czuję jak dojrzewam, jak staję się coraz bardziej dorosłym człowiekiem i to przez to, że moje duchowe walki stają się coraz ważniejsze i dotyczą większych odpowiedzialności. Fascynuje mnie walka o świętość przyszłych kapłanów. Okazuje się, że to niesłychanie trudna walka i stąd dodaje mi ona poczucia jakiejś duchowej męskości. Czuję wyraźnie jak każdego dnia toczę duchową bitwę o świętość przyszłych kapłanów, jak ciągle Bóg potrzebuje coraz więcej mojej modlitwy, ofiary i zaangażowania. Często przegrywam, bo za mało jeszcze daję z siebie.
Wczoraj profesor Samsonowicz odbierał na naszej Akademii doktorat honoris causa. Lubię słuchać starych profesorów, których długie i mądre życie nauczyło jakiejś pokory wobec prawdy. Profesor przypomniał, że na uniwersytecie nie może być pełnej demokracji, bo prawdy nie da się przegłosować, bo prawda jest niezależna od publicznych sondaży. Większość kleryków szykuje się do wyjazdu do domu, a my pracowicie przygotowujemy seminarium na rekolekcje osób z całej Europy, którzy podejmują działalność charytatywną. Będzie znów ciekawie i bardzo intensywnie, ale lubię taką intensywność przeżyć, bo one poszerzają nasze doświadczenie świata i Boga.

Intencje modlitewne:
Trwam na modlitwie za naszą wspólnotę, przede wszystkim za każdego diakona i kleryka - o świętość ( przyznaje szczerze, że do moich modlitw za nich dołączam ostatnio modlitwę o uwolnienie od złych duchów i modlitwę do św. Michał Archanioła - jak walka to walka! I tak Bóg zwycięży!); za kapłanów - szczególnie tych chorych, cierpiących, wypalonych i uzależnionych; za rekolekcje Papieskiej Rady Cor Unum; za moich rodziców i rodzeństwo; za chorych i cierpiących; za umierających; za dzieciaki ze szpitala po drugiej stronie ulicy ( przed każdą Mszą świętą patrzę z okna zakrystii na szpital i modlę się za chorych), za moje duchowe zaplecze, czyli za tych, którzy modlą się za mnie; za małżeństwa które błogosławiłem i za dzieci, które chrzciłem, za wszystkie osoby, które spowiadam i za czytelników tego wpisu.

Król królów, Pan panów …

November 21st, 2010 by xAndrzej

Bardzo lubię to święto. Napawa mnie ono niesłychanym optymizmem i przypomina, że ostateczne zwycięstwo należy do Chrystusa. Nawet wtedy, gdy nam się wydaje, że wiara przegrywa, że grzech jest większy od dobra nie możemy tracić pewności, że Panem dziejów i tak jest Chrystus. Powodzie, wichury, zmiana klimatu, wojny, moralne upadki i zdrady to wszystko przeminie a zwycięży Chrystus. Choć czasem pojawiają mi się w głowie chwile zwątpienia to w środku serca, w głębi mojej duszy i myślenia oświeconego wiarą, wiem, że Jezus jest Panem. Już prawie od dziesięciu lat zaczynam dzień od modlitwy, w której deklaruję Bogu wiarę w to, że jest moim Panem i Zbawicielem, że staję przed Nim jak poddany, służący gotowy spełniać Jego wolę. To niesamowite źródło nadziei w obliczu pesymizmu świata, w obliczu złudzenia, że grzech zwycięża a Ewangelię trzeba włożyć do lamusa. Nie może być żadnego zwycięstwa zła, nawet jeśli czasem wygra ono kilka bitew w naszym życiu. Zło z góry już skazane jest na klęskę, bo nie stoi po stronie życia, po stronie Boga. Ostatecznym zwycięzcą jest Chrystus Król. Nie wierzę w żadną karierę grzechu, bo grzech ma ograniczenia, bo prędzej czy później doprowadza do śmierci, do uzależnienia, do zagłady. Wierzę w sprawiedliwość i miłosierdzie mojego Pana Jezusa Chrystusa, wierzę, że On zwyciężył śmierć, a przez krzyż otworzył nam drogę do nieba. To przekonanie jest we mnie jak dynamit. Rozwala każdy lęk, każdą chęć zbratania się z grzechem, każdą wątpliwość w zwycięstwo miłości i dobra.
Przedziwny to jednak Król, który zszedł z niebiańskiego tronu na ziemię, przyjął ciało i stał się człowiekiem. Jego koronacja na Króla też miała niecodzienny wygląd. Dokonała się na wzgórzu Golgoty, na tronie zbitym z dwóch belek krzyża. To wtedy dostał koronę i purpurowy płaszcz, to wtedy napisali o Nim, że jest Królem. Świat drwił jednak z takiego Króla, który nie wybrał bogactwa i władzy, któremu nawet najbliżsi pouciekali ze dworu i zostawili Go między łotrami. Wszystkie bożki zaczęły się śmiać z takiego Króla, zaczęły drwić sobie z Jego koncepcji królowania. Ale drwiły tylko do momentu Jego śmierci - bo wtedy pękły ze śmiechu i okazało się, że to one są puste i martwe. A Król ostatecznie zwyciężył, choć Jego totalne zwycięstwo okaże się dopiero na końcu czasów. Dziś wystarcza mi wiara, która daje mi przekonanie, że w Jezusie Królu Wszechświata zwycięża miłość i dobro, a grzech, który się czasem śmieje z miłości i dobra pęknie ze śmiechu i okaże się, że jest pusty i śmiercionośny.
Wierzę w Jezusa Chrystusa, Króla nieba i ziemi, wierzę, że nikt nie jest większy od Niego, że nikt nie kocha bardziej niż On. Wierzę, że do Niego należy ostatnie zwycięstwo, że w Nim jest moja nadzieja na życie wieczne. Czekam teraz na Jego powtórne przyjście w chwale, a wiem, że przyjdzie niebawem. To nic, że zanim przyjdzie mogę doświadczać oczyszczenia i wielu prób wiary, to nic, że tuż przed Jego przyjściem diabeł będzie się próbował śmiać z mojego Boga i namawiać ludzi, żeby Go zlekceważyli i sami stali się bogami. Chrystus już zwyciężył przez swój krzyż, a teraz chce zwyciężać we mnie, pokonując mój grzech, moją słabość, moją niewiarę. Przyjmij Jezu, moje Amen, mój gest włożonych rąk w Twoje ręce, jak niewolnika i sługi w ręce swojego Pana, jak zwykłego żołnierza w ręce swojego Generała. I choć może przegram tu na ziemi jeszcze wiele bitew, to one nie znaczą przegranej wojny. Jeśli tylko będę po Twojej stronie to zwycięstwo już mam pewne!

Migawki z życia:
Zaczęła się u nas w archidiecezji wielka peregrynacja krzyża. Po poświęceniu wyprowadziliśmy krzyż z katedry i tak zaczęła się jego droga po parafiach i wspólnotach. Wielki, profetyczny zamysł naszego Pasterza, jego testament i jakby najważniejsze przesłanie, abyśmy stanęli pod krzyżem Chrystusa, pod znakiem zwycięstwa Króla Wszechświata. Z piątku na sobotę ten krzyż stał w naszym seminaryjnym kościele. Kolejny znak, że Bóg chce odnawiać Kościół zaczynając od tych, którzy za kilka miesięcy czy kilka lat będą kapłanami. Wierzę, że to również znak zwycięstwa dobra w tych młodych ludziach, wypalania przez Boga pychy, obłudy, nieszczerych intencji w naszych sercach. Długo modliłem się przy tym drzewie krzyża kładąc na ramiona Boga każdego kleryka z osobna, błagając o ich świętość i czystość.

Intencje modlitewne:
Za naszych kleryków o zwyciÄ™stwo radykalizmu wiary w ich sercach i uczynkach; za diakonów o wzrastanie w miÅ‚oÅ›ci do Boga i gotowoÅ›ci do sÅ‚użby; o nowe powoÅ‚ania kapÅ‚aÅ„skie i zakonne; za niewierzÄ…cych w Chrystusa, za tych, którzy pogniewali siÄ™ na KoÅ›ciół lub w niego zwÄ…tpili, aby przez misje ewangelizacyjne wrócili do KoÅ›cioÅ‚a; za chorych i cierpiÄ…cych; za studentów i moich przyjaciół z DA, za małżeÅ„stwa, które bÅ‚ogosÅ‚awiÅ‚em, za dzieciaki, którym udzielaÅ‚em chrztu, za tych, którzy pomagali mi budować koÅ›ciół dla studentów, za czytelników tego wpisu …

Podróż serca

November 18th, 2010 by xAndrzej

Mam za sobÄ… trzy dni wÄ™drowania po diecezji z sercem Å›w. Jana Marii Vianney’a. ByÅ‚ to wyjÄ…tkowy czas Å‚aski. Relikwie serca Å›wiÄ™tego Proboszcza z Ars wÄ™drujÄ… po Å›wiecie dopiero od czasu Roku KapÅ‚aÅ„skiego. Jan Maria Vianney wyruszyÅ‚ w Å›wiat by wspierać, ożywiać i wzywać do nawrócenia kapÅ‚anów. Tak to chyba trzeba odczytać. KsiÄ…dz Patryk, który przywiózÅ‚ serce z Ars, nie ma najmniejszych wÄ…tpliwoÅ›ci, że to sam Å›wiÄ™ty Proboszcz wie najlepiej w jakich miejscach i kiedy jest najbardziej potrzebny. Jedna z pierwszych peregrynacji odbyÅ‚a siÄ™ w USA, w diecezjach dźwigajÄ…cych siÄ™ z ran po aferach zwiÄ…zanych z udziaÅ‚em księży w molestowaniu nieletnich. Potem byÅ‚a Hiszpania, o której Benedykt XVI mówiÅ‚ ostatnio, że wzrasta w niej atmosfera antyklerykalizmu. Ostatnio relikwie wÄ™drowaÅ‚y po Irlandii. Znów dobrze jest nam znany kontekst życia tamtego KoÅ›cioÅ‚a. A teraz wizyta w Polsce! Nam, w CzÄ™stochowie, Å›wiÄ™ty Proboszcz z Ars chce bardzo pomóc w rozpoczynajÄ…cych siÄ™ w parafiach misjach ewangelizacyjnych. Jakby chciaÅ‚ powiedzieć, że ewangelizacja KoÅ›cioÅ‚a ma siÄ™ zacząć od nowej ewangelizacji kapÅ‚anów.

Nie mogłem sobie nawet tego uświadomić, że jestem tyle godzin w takiej bliskości serca, które było motorem życia człowieka świętego, kapłana, którego nawet w niewielkim procencie nie umiem naśladować. To przecież jest dokładnie to samo serce, które biło w nim, które pompowało jego krew, które mdlało z wyczerpania i biło nerwowym rytmem w konfesjonale na myśl o grzeszności świata. Ta świadomość momentami mnie porażała, a jednocześnie stawało się to dla mnie jasne, że my, kapłani jesteśmy przez to nawiedzenie szczególnie wezwani do nawrócenia i jeszcze większej gorliwości.
Kiedy mówiÅ‚em z zachwytem jakiemuÅ› znajomemu studentowi, że bÄ™dzie u nas serce Å›w. Jana Marii Vianney’a - ten stuknÄ…Å‚ siÄ™ w gÅ‚owÄ™ i stwierdziÅ‚ ze zdziwieniem: “Czy wy, w tym KoÅ›ciele, nie przesadzacie!? Dosyć, że czÅ‚owiek mÄ™czyÅ‚ siÄ™ za życia to jeszcze po Å›mierci dzielicie go na części i wozicie po Å›wiecie?” TrochÄ™ siÄ™ nad tym zastanawiaÅ‚em, ale w najmniejszym stopniu nie zachwiaÅ‚o to mojej wiary w sens oddawania czci relikwiom Å›wiÄ™tych. Przecież caÅ‚a Å›wiÄ™tość Proboszcza z Ars wÅ‚aÅ›nie na tym polegaÅ‚a, żeby umierać dla Boga nie tylko na jakiÅ› duchowy sposób, ale konkretnie, materialnie i cieleÅ›nie. Tak jak oddaÅ‚ swoje ciaÅ‚o do dyspozycji Panu Bogu za życia, tak pozwoliÅ‚ nim dysponować również po Å›mierci. Pielgrzymka relikwii ciaÅ‚a Å›wiÄ™tych ma nam przypomnieć, że nie ma Å›wiÄ™toÅ›ci czysto duchowej. Skoro jesteÅ›my jednoÅ›ciÄ… duszy i ciaÅ‚a to nie ma Å›wiÄ™toÅ›ci bez daru ze swojego ciaÅ‚a, bez oddania Bogu swojego ciaÅ‚a. Mocno to zrozumiaÅ‚em patrzÄ…c na relikwie Å›w. Jana Marii Vianney’a. PrzypomniaÅ‚em sobie zegar z plebanii w Ars, który pokazywaÅ‚ codzienny rozkÅ‚ad zajęć Proboszcza. KilkanaÅ›cie godzin spowiadania, kilka godzin modlitwy, czasem tylko trzy godziny snu. Przecież to Å›wiÄ™tość, która polegaÅ‚a na umieraniu ciaÅ‚a z miÅ‚oÅ›ci do Boga. Mamy czasem tak mocno uduchowionÄ… wizjÄ™ Å›wiÄ™toÅ›ci, że zapominamy, że jej nigdy nie osiÄ…gniemy jeÅ›li nasze ciaÅ‚o nie bÄ™dzie nas wpierać na tej drodze. I oto przez trzy dni byÅ‚em blisko tego Å›wiÄ™tego ciaÅ‚a, i to samego serca oddanego caÅ‚kowicie Bogu. “GdybyÅ›my zrozumieli czym jest kapÅ‚aÅ„stwo, umarlibyÅ›my - mówiÅ‚ Jan Maria Vianney - ale nie ze strachu lecz z miÅ‚oÅ›ci. KapÅ‚aÅ„stwo to miÅ‚ość serca Jezusowego”. Kochać Jezusowe serce to umieć umierać dla Jezusa, ale nie ze strachu lecz z miÅ‚oÅ›ci!

Migawki z życia:
Od piÄ…tku do poniedziaÅ‚ku podróż z sercem Å›w. Jana Marii Vianney’a. BÅ‚ogosÅ‚awiony czas wielkiej modlitwy za kapÅ‚anów przez wstawiennictwo Å›wiÄ™tego Proboszcza. W poniedziaÅ‚ek byÅ‚ u nas abp Louis z Kirkuku w Iraku. DostawaÅ‚em gÄ™siej skórki kiedy opowiadaÅ‚ o przeÅ›ladowania i zabijaniu chrzeÅ›cijan w jego diecezji. A przy tym miaÅ‚ tyle wiary, tyle pokoju i radoÅ›ci, że zrobiÅ‚o mi siÄ™ wstyd, że my, w Polsce ciÄ…gle marudzimy i narzekamy majÄ…c tak wielkÄ… przestrzeÅ„ wolnoÅ›ci. W seminarium ktoÅ› wymyÅ›liÅ‚ ciekawÄ… inicjatywÄ™: tydzieÅ„ bez narzekania. Najbardziej podziwiam anonimowego inicjatora tej akcji, bo jakoÅ› nikt nie umie siÄ™ domyÅ›leć kto to wymyÅ›liÅ‚. Ale pomysÅ‚ jest Å›wietny i okazuje siÄ™, że ciężko siÄ™ żyje bez narzekania. Tak siÄ™ już do niego przyzwyczailiÅ›my, że nie umiemy nie narzekać. DziÅ› byÅ‚em z braćmi z pierwszego roku na pielgrzymce w Rozprzy i BÄ™czkowicach. SpeÅ‚niamy zadanie dane nam przez Benedykta XVI, żebyÅ›my doceniali i kultywowali pobożność ludowÄ….

Intencje modlitewne:
Przez cały tydzień najbardziej modlę się za naszych diakonów, żeby nie utracili pokory i ducha służby, żeby diabeł nie zawładnął ich sercami i nie zamroził ich pychą i chęcią szukania tylko przywilejów; modlę się za kapłanów -chyba najbardziej o pokorę, bo pycha na wyniszcza; za naszych alumnów, żeby trwali i szli do przodu dojrzewając w łasce u Boga; ciągle dużo modlę się o nowe powołania kapłańskie; za chorych i cierpiących - za Piotrka, moich rodziców, za Anię, Mateusza; proszę Boga za moich wspaniałych przyjaciół z DA, którzy są moją najbliższą sercu rodziną; za małżeństwa, którym błogosławiłem ślub, za tych, którzy pomogli mi budować kościół dla studentów; za rodziców naszych alumnów i za czytelników bloga.

Via media

November 6th, 2010 by xAndrzej

W Kościele zaczęły się dziać rzeczy trudne. Kapłani ograniczali coraz częściej swoją posługę tylko do tych nabożeństw, z których czerpali zyski, nie garnęli się zbyt chętnie do głoszenia Ewangelii za darmo, często też zamiast rezydować w parafii wyjeżdżali na drogie wyjazdy i pełne komfortu długie okresy pobytu w kurortach, wracali najczęściej do swoich parafii tylko po to, żeby odebrać należne zyski z beneficjów. Zamiast ducha ascezy prowadzili coraz wygodniejsze życie, a większość swojego czasu spędzali na realizowaniu swoich świeckich zainteresowań do których należały między innymi polowania i uczty. W takim Kościele żył w pierwszej połowie swojego życia błogosławiony John Henry Newman. Był to przykład kryzysu Kościoła anglikańskiego. Newman mocno wierzył, że uda mu się doprowadzić do odnowy. Nie chciał uciekać z Kościoła, czy się z niego wypisywać, ale chciał znaleźć i żyć w Kościele możliwie najbardziej autentycznym. Zaczął szukać u źródeł . Wczytywał się w historię pierwszych wspólnot chrześcijańskich, uparcie i z pasją sięgał do Ojców Kościoła. I nagle odkrył prawdziwe oblicze Kościoła - wspólnotę opartą na życiu sakramentalnym i radykalnym dążeniu do świętości. Zaburzyło to jego dotychczasową metodę patrzenia na Kościół. Wcześniej, w duchu anglikańskim, wierzył w drogę, która miała się opierać na ugodzie między tym co ludzkie i tym co boskie. To miała być via media - jakaś droga środka, często droga kompromisu między światem a Ewangelią. Studiowanie Ojców Kościoła pokazało mu, że albo się całkowicie i radykalnie człowiek odda Bogu, albo tak naprawdę nie będzie do Niego należał w ogóle. Nie ma żadnej drogi środka, jest tylko radykalna droga wierności Bogu i Jego Ewangelii. I tylko na tej drodze człowiek może odnaleźć autentyczny Kościół i tylko w ten sposób może dokonać oczyszczenia Kościoła z kompromisów ze światem. Kościół, który próbuje się dogadać ze światem przestanie być autentycznym Kościołem. Po tym przekonaniu Newman nie miał jeszcze zamiaru przejść do Kościoła katolickiego, choć już na tym etapie zauważył, że to właśnie ten Kościół możliwie najmocniej opiera swoje działanie na sakramentach świętych. Pytał dalej i dalej szukał prawdziwego Kościoła. Odkrył też, że Kościół ma być wspólnotą nie z tego świata, wspólnotą o jakiejś nadprzyrodzonej strukturze, gdzie impuls i kierunek działania idzie z góry - od Boga - Głowy Kościoła - do ludzi, członków tego Mistycznego Ciała Chrystusa. Kościół, który miałby być demokratyczny, w którym prawdy wiary zależałyby od głosowania członków Kościoła, w którym zasady moralne byłby ustalane z politycznych trybun lub na mocy referendum byłby tylko ziemskim i ludzkim Kościołem a nie tym boskim. Po tym odkryciu Newman szukał pośród chrześcijańskich wspólnot takiej, w której struktury byłyby jakby nie z tego świata, w której zachowany jest hierarchiczny, pionowy porządek działania - z góry do dołu, a nie ten poziomy - oparty na ludzkich relacjach i poglądach. I tu paradoksalnie odszukał najwięcej znamion takiego Kościoła w Kościele rzymskim, w tym samym Kościele, o którym jeszcze do niedawna mówił, że jest dziełem antychrysta.
Opowiadają o takiej historii, która zdarzyła się Newmanowi wkrótce po otrzymaniu godności kardynalskiej. Jakieś dziecko miało go zapytać kto jest w Kościele ważniejszy: kardynał czy święty? Newman odpowiedział natychmiast: jeden i drugi muszą być razem. Kardynał jest ważny w ziemskim wymiarze Kościoła, aby pokazać, że Kościół jest nie z tego świata, a święty jest najważniejszy w jego duchowej przestrzeni, żeby wnętrze Kościoła było święte. Najważniejszy jest kardynał, który jest święty. W życiu Newmana te dwie rzeczy szły razem: wypełnianie określonego miejsca w Kościele i świętość.
To takie moje rozmyślania o Newmanie, a wszystko przez to, że to nowa postać w moich duchowych lekturach i rozmyślaniach o Bogu. Może, jakaś z tych myśli i was poruszy, bo we mnie obudziły one miłość do Kościoła i jeszcze bardziej zachęciły do modlitwy i pracy nad jego odnową, żebym nie musiał błądzić po jakiejś via media, ale na całego ufał Bogu i pełnił jego wolę. Błogosławiony Kardynale Newmanie - módl się za nami.

Migawki z życia:
Trwamy na modlitwie za zmarłych. Codziennie odmawiamy różaniec i msze święte za tych, którzy pracowali w naszym seminarium. Byłem też na cmentarzu, żeby uzyskać odpusty. Mimo tego wszystkiego moje myślenie nie przebiło się jakoś mocno w stronę refleksji o śmierci. We wtorek byłem w Kaliszu na inauguracji roku w tamtejszym seminarium. To tam połknąłem bakcyla zainteresowania się Newmanem. W drodze powrotnej pomodliłem się trochę i sióstr Kamedułek w Złoczewie. To taki mój mały zwyczaj, żeby w drodze z Kalisza zaglądać do Kamedułek i prosić je o modlitwę za nasze seminarium.

Intencje modlitewne:
Za naszych alumnów, tak mocno - za każdego z osobna; o nowe powołania kapłańskie i zakonne; za siostry zakonne - szczególnie Kamedułki ze Złoczewa i nasze częstochowskie Nazaretanki; za moich rodziców i rodzeństwo; za chorych i cierpiących, za wychowanków z DA i wszystkie małżeństwa, którym błogosławiłem śluby, za ochrzczone dzieci; za czytelników blogu