Go to content Go to navigation Go to search

Czym brzydzi się Bóg?

June 30th, 2010 by xAndrzej

Prorok Amos w mocnych słowach przypomniał nam dzisiaj, że Bóg może się brzydzić ludzkimi modlitwami i ofiarami. Dzieje się tak wtedy, gdy człowiek przyznaje się publicznie do Boga, a w swoim sumieniu nie żyje w sprawiedliwości, czystości i prawdzie. Można pięknie mówić o zgodzie, wierze, pojednaniu ale jeśli za tym idą czyny niezgodne z Bożym prawem - Bóg czuje się szczególnie dotknięty i poniżony, bo Jego imię zostało wezwane na darmo. Opętani ludzie też wyznali wiarę w Mesjasza, mimo, że pełni byli złego ducha. Ich prośba do Jezusa była wyjątkowo symboliczna. “Pozwól nam wejść w świnie”. Stado świń stało się symbolem ich sytuacji. Nie można wyznawać wiary w Boga i nosić w sobie i w swoim sumieniu całej masy brudu świata. Jest się wtedy rzeczywiście podobnym do świń. Wszelkie świństwa ranią Boga, ale chyba najbardziej ranią Go świństwa ludzi przyznających się do wiary w Niego. Jest jednak w tym podobieństwie grzesznego człowieka do świni jakiś mały promyk światła, mała dróżka, która może człowieka na nowo przywrócić Bogu. Na medytacji ten obraz świń skojarzył mi się z historią syna marnotrawnego. On też stoczył się do tego stopnia, że zapragnął jeść ze świniami. Na szczęście uświadomił sobie, że nie jest świnią, że ma dom, Ojca, Jego bezwarunkową i wierną miłość. To pozwoliło mu wrócić. Nie mogę nosić w sobie przyzwolenia na najmniejsze nawet świństwa, kiedy one mnie dopadną, muszę natychmiast uświadamiać sobie kim jestem i co wynika z wiary dla mojego życia.
Ojciec Badeni w swojej książce o końcu świata poruszył mnie przypomnieniem, że Bóg się gniewa, że gniewa się najmocniej za grzechy wobec dzieci - za grzech aborcji czy pedofilii. Trochę zapominamy o gniewie Boga, a przecież Bóg nosi w sobie prawo do świętego gniewu, takiego, który ma nas zmobilizować do powrotu do domu Ojca. Bóg się gniewa na swoich wiernych, którzy może jeszcze gromadzą się na wspólnych spotkaniach i modlitwach, ale mają własne zdanie na temat zabijania i krzywdzenia dzieci. Bóg gniewa się bardzo na swoich pasterzy, jeśli pasą siebie, czynią świństwa zamiast pokornie służyć i świadczyć o Bogu.
Wierzę, że zawsze kiedy poddam się brudowi tego świata uratuje mnie świadomość, że mam Boga, że On czeka nieustannie na mój powrót, że przygotowuje dla mnie ucztę na cześć mojego nawrócenia. Dlatego lubię się nawracać, dlatego cieszę się każdym zwycięstwem nad większymi i mniejszymi świństwami mojego życia. A jedyne co mi pozwala zwyciężać - to świadomość, że mam Ojca w niebie. Współczuję ludziom, którzy już zapomnieli, że mają takiego Ojca i wolą nieustannie szukać koryta pełnego jedzenia i przyjemności.

Migawki z życia:
Tyle się dzieje i czas biegnie tak pracowicie, że aż trudno opisywać szczegóły. Nawet nie zauważyłem, że na dworze jest już gorące lato. Dziś młodzi ludzie odebrali wyniki matur i ostatecznie decydują o drodze swojego życia. Modliłem się dziś za nich, żeby dobrze i odważnie przyjęli Boży plan dla ich życia.

Intencje modlitewne:
Za wszystkich kleryków naszego seminarium - o święte wakacje i czytelne świadectwo ( takie beż żadnego świństwa); o nowe powołania kapłańskie i zakonne; za ludzi chorych i cierpiących; za Tomka i Monikę na trzy dni przed ich ślubem; za wszystkie dzieci, szczególnie te ubogie i chore; za nauczycieli, którzy zjeżdżają na swoją pielgrzymkę i za ich opiekuna - Księdza Biskupa Edwarda, który jest już z nami w seminarium; za naszą archidiecezję o mądrość dla pasterzy i kapłanów, o gorliwe zaangażowanie świeckich w życie naszego Kościoła.

Z ludu wzięci

June 29th, 2010 by xAndrzej

Wróciliśmy w nocy z Paryża. Mieliśmy okazję uczestniczyć w święceniach kapłańskich w katedrze Notre Dame. Wszystko nas zaskoczyło. Spodziewaliśmy się doniosłej, ale skromnej uroczystości, a okazało się, że jesteśmy świadkami wielkiego święta kapłaństwa. Mimo, że u nas święci się większą liczbę kapłanów, to chyba nigdzie w Polsce nie było w tym roku takich tłumów na święceniach, jak właśnie w Paryżu. W środku katedra wypełniona do ostatniego miejsca, a na zewnątrz pełen plac ludzi. Kapitalne nagłośnienie, cztery duże ekrany telebimów pozwalały być blisko wielkich misteriów kapłaństwa. W sumie święcenia przyjęło 9 diakonów, z czego jeden został wyświęcony dla Kościoła w Wietnamie. Może ten ogromny brak księży wzmaga w ludziach większe rozumienie kapłańskiego powołania, budzi w nich większe poczucie odpowiedzialności za kapłanów? Czasem się coś docenia dopiero wtedy gdy coś się traci, lub czegoś zaczyna brakować. W ubiegłą sobotę, na placu przed Notre Dame czuło się właśnie takie wielkie zatroskanie o nowych kapłanów.
Przepiękna była przede wszystkim liturgia, która w wyjątkowy sposób podkreślała prawdę, że kapłan jest z ludzi brany i do nich posłany. Kandydaci do święceń nie stali w jednym szeregu, ale każdy z nich stał przed drzwiami katedry w otoczeniu swoich najbliższych. Kiedy rektor ich przedstawiał wypowiadali swoje “jestem” , a potem Ksiądz Kardynał wypowiadał decyzję, o tym, że Kościół wybiera tych braci na kapłanów. Diakoni dopiero wtedy stawali obok siebie i razem wchodzili do wnętrza katedry. Druga stacja była jeszcze przy drzwiach. Tutaj padały pytania o pragnienia i wolę przyjęcia święceń, życia w celibacie, modlitwy za Kościół. Tutaj też Ksiądz Kardynał odebrał od swoich przyszłych księży pragnienie posłuszeństwa. Dopiero po tym znaku diakoni wyruszyli do ołtarza, przy którym rzucili się krzyżem na surową i starą posadzkę Notre Dame i przyjęli sakramentalny gest nałożenia rąk i namaszczenia świętym olejami.
W czasie homilii Ksiądz Kardynał podkreślał, że od tej pory, wzięci z ludu stają się przez Boga posłani do tego ludu. Natychmiast po zakończeniu uroczystej celebracji młodzi kapłani weszli w tłum udzielając prymicyjnego błogosławieństwa.
Przypomniałem sobie, dzięki tym wyraźnym znakom, że kapłan nie jest dla siebie, że Bóg nie wybiera mnie dla mnie samego, a nawet nie dla mojego indywidualnego obcowania z Nim, ale dla ludu Bożego. Mam być do dyspozycji ludzi, rozdać się im nie szukając swojego. To bardzo trudne, ale niesłychanie ważne w kapłańskiej posłudze. Mamy przecież duże tendencje być dla siebie, dla swojego wąskiego kapłańskiego świata, dla swoich elitarnych celów i realizacji siebie.
Przeżyłem w Paryżu jakiś nowy wzrost nadziei, jakby wbrew nadziei, jakieś nowe poderwanie się Ducha Świętego, mimo tego, że świat ciągle trąbi, że Duch umarł. Byłem świadkiem ewangelicznego odradzania się Kościoła, który odradza się nie przez głośne ale płytkie rzeczy, lecz przez tajemnicę ziarna głęboko wrzuconego w ziemię i wybijającego się w roślinę. Lud wierny to ziemia na której rozwija się kapłaństwo. Ksiądz, który nie potrafi albo nie chce dać się wrzucić w tę ziemię, usycha z samotności i zgorzknienia. Bóg dał nam ziarno swojego kapłaństwa, po to, abyśmy wrzucili je w ziemię i przez to pozwalali Mu wzrastać w sercach ludzi.
Nieustannie fascynuję się tą radością tajemnicy kapłaństwa. Na placu przed katedrą Notre Dame, chciało mi się skakać z radości i dumy, że jestem kapłanem, że tak jak tych dziewięciu neoprezbiterów, również i ja mogę nieustannie przekonywać się, że Pan żniwa spełnia obietnicę i posyła swoich robotników.

Migawki z życia: Po miłych, paryskich doświadczeniach wróciłem już do pracy w seminarium. Nie ma co pisać o moich zajęciach, bo są teraz mało kapłańskie, a bardziej remontowo-administracyjne. Próbuję się jednak dać przekonać niektórym świętym, którzy mówili, że “Boga można uwielbiać nawet pośród garnków”. I rzeczywiście tak jest! Zaczynam łapać kontakt z Bogiem nawet wtedy, gdy myślę o kolorach malowanych ścian, o wydatkach i ewentualnych remontach. Na pewno takie myślenie wyjdzie z pożytkiem dla mojego duchowego życia, ale czy przełoży się na dobrze wykonane zadania? Nie mogę w to wątpić, bo sam Bóg powiedział, że jak On będzie na pierwszym miejscu, “to wszystko inne będzie nam dodane”.

Intencje modlitewne:
O nowe powołania kapłańskie dla całego Kościoła, za naszych alumnów o zachwyt i radość z powołania do kapłaństwa, za wszystkich Piotrków i Pawłów z racji ich imienin (szczególnie za chorego Piotrka!!!!), za moich rodziców, za neoprezbiterów z Częstochowy i z Paryża; za ludzi cierpiących, chorych, ubogich; za więźniów i każdego grzesznika bez względu na poziom jego grzechu, za nasze zbawienie, do którego zbliżyliśmy się znowu o jeden dzień!

Zapakowani ludzie

June 22nd, 2010 by xAndrzej

Nie powinienem się dziwić, że ludzie się gorszą naszymi kapłańskimi grzechami, bo przecież ustanowił nas Pan Bóg znakami szczególnymi. Jeśli tak chętnie mówię, że przez kapłaństwo staję się alter Christus, to muszę konsekwentnie robić wszystko, żeby swoim życiem nie zamazać Chrystusa. To trudna sztuka i z pewnością nie jeden raz jestem kiepskim znakiem Boga, ale nie zwalnia mnie to z troski o możliwie najlepsze życie. Praca, praca, praca i jeszcze raz praca. Pewnie dlatego Kościół wymaga od kandydatów na kapłanów dojrzałej męskości, bo praca nad sobą to nieustanna walka. Coraz bardziej lubię jednak tę walkę, lubię się przyglądać sobie i innym i widzieć jak Bóg wydobywa nas z naszych słabości. Trzeba Mu tylko na to pozwolić. Ksiądz Arcybiskup zachwyca się ostatnio określeniem wziętym od Stachury o ludziach zapakowanych. Zapakowani ludzie to ci, którzy wszystko zbierają dla siebie i szczelnie to w sobie zamykają. Nie wolno nikomu wejść do walizki ich życia, przed nikim jej nie otworzą z obawy przed utratą czegoś swojego. Nie możemy być tacy zapakowani, bo wtedy nie ma w nas miejsca dla Pana Boga. Lubię to zdanie z psalmów, kiedy psalmista wyznaje: “moje ręce porzuciły kosze”. Człowiek zakochany w Bogu i gotowy do pójścia za Nim, musi mieć odwagę porzucić wszystkie swoje walizki, i te z masą grzesznych rupieci, i te ze zwykłymi bibelotami, które może są nieszkodliwe, ale tak nas obciążają, że nie ma szans biec za Bogiem. Stąd pewnie ubóstwo nie tyle jest próbą moralnej oceny rzeczy, co bardziej poszukiwaniem większej wolności i swobody w biegu za Jezusem. Nowe sprzęty i szerokie zainteresowania często nie mają w sobie nic moralnie złego, ale tak potrafią zaabsorbować, że nie starcza nam potem czasu na życie dla Pana.
Już dawno nie wyjeżdżałem na prawdziwe wakacje. Pewnie i w tym roku nie mam na to większych nadziei, ale pamiętam taki wyjazd, na który nogą upychałem plecak, a do wszelkich możliwych pasków mocowałem wszystko co się tylko dało. I ciągle miałem poczucie, że i tak czegoś mi brakuje. Byłem maksymalnie zapakowany i maksymalnie obciążony. W takim stanie wyruszyłem na dworzec. To były jeszcze czasy, gdy pociągi były pełne i trzeba było sprytu, żeby znaleźć miejsce. A ja wtedy nie tylko nie znalazłem miejsca, ale w ogóle nie wszedłem do wagonu. Kiedy człowiek jest za bardzo zapakowany ryzykuje, że nie zdąży na pociąg swojego życia, że nie zabierze się do najważniejszego wagonu, bo musi strzec swojego zapakowanego plecaka. Stąd, jako ksiądz muszę strzec się wszelkiej przesady w posiadaniu, muszę starać się być znakiem tego, że nie warto gromadzić rzeczy, bo przez nie można przegapić swój pociąg do nieba.

Migawki z życia:
Nasze kapłańskie rekolekcje będą trwać jeszcze jutro, ale moja rola rekolekcjonisty już się dziś skończyła. Tak się czuję, jakby sam Bóg je prowadził, bo nie ma we mnie poczucia jakiegoś ciężaru, czy zmęczenia. Klerycy zrobili w tych dniach mnóstwo roboty. Malują między innymi nowe pokoje dla swoich młodszych kolegów, którzy przyjdą na pierwszy rok. To ładny gest, żeby swoim braciom, których nawet jeszcze się nie zna, przygotować kawałek domu. Gest tym cenniejszy, że jest to ich własna inicjatywa.

Intencje modlitewne:
O nowe powołania kapłańskie i zakonne, za wszystkich naszych kleryków o wakacyjną wierność; za chorych i cierpiących - za siostrę Kasię, panią Marię, za moich rodziców, za małą Marysię; w intencji ludzi samotnych, którzy czekają na miłość; za kapłanów z naszych kapłańskich rekolekcji w seminarium; za diakonów, żeby chciało im się służyć; za księży neoprezbiterów, którzy jutro zostaną posłani na swe pierwsze parafie; za czytelników tego blogu z wielkimi przeprosinami dla tych, którym nie odpisuje na komentarze.

Oczy są oknem serca

June 20th, 2010 by xAndrzej

Rozpoczęły się już kleryckie wakacje. Seminarium zacznie pustoszeć i znów będę trochę tęsknił za tą duchową, wspólną walką o Boże kapłaństwo w sercach tych młodych ludzi. Jakaś diecezja amerykańska zrobiła badanie opiniotwórcze na temat ulotek powołaniowych. Jedne ulotki pokazywały sielankowe życie duchowe, świeczuszki tworzące klimat kościelnych wnętrz i zakonników w braterskim kręgu ze słodkim uśmiechem na twarzy. Inne ulotki pokazywały duchową walkę, służbę księży wśród najuboższych tego świata, ich trud głoszenia Ewangelii i krwawe prześladowania chrześcijan. Okazało się, że większość badanych uznała te drugie za najlepiej oddające charakter powołania do służby Bożej. Tak, to prawda, bo cała nasza formacja jest takim małym zmaganiem się o świętość, ścieraniem się w swoich słabościach. Ktoś, kto przychodzi do seminarium z wizją sielankowego życia, szybko się rozczaruje. Życie tu jest twarde i pełne wyzwań, ale właśnie dlatego jest piękne, bo tylko w nim następuje wewnętrzne dojrzewanie.
Na wakacje dostaliśmy od Boga program w postaci małego fragmentu z Kazania na Górze. Jezus dał nam najpierw dwie zasady:
1. Gdzie jest skarb twój - tam będzie i serce twoje. Dla tego, co jest dla ciebie cenne i ważne poświęcisz wszystko, oddasz całe swoje serce.
2. Jeśli twoje oczy patrzą w ciemność, to cały utoniesz w ciemności, bo oczy to okno dla serca. Jeśli twoje oczy oglądają tylko to co ciemne, w twoim sercu trudno spodziewać się światła.
Po tych zasadach Jezus mówi nam o pilnowaniu serca, żebyśmy troszczyli się bardziej o Królestwo Boże, niż o sprawy tego świata. Jeśli Bóg jest moim skarbem, to przy Bogu będzie moje serce. Tyle, że po grzechu moje serce odwróciło się od Boga i skierowało się w stronę świata i stąd ciągle muszę się nawracać. Nawrócenie zaś zaczyna się od oczu. Przypatrzcie się bracia tym, którzy pokładają nadzieję w rzeczach tego świata. Jak często są nieszczęśliwi, jak często, to za czym biegali i co było ich skarbem szybko uległo zniszczeniu. Popatrzcie na to co Boże, co trwałe i nieprzemijające. Takim się stajesz na co się patrzysz, bo twoje oczy są oknem dla serca. W sercu masz to na co patrzą twoje oczy. Dlatego tak lubię adorować Boga, patrzeć się na Niego, bo z tego patrzenia w moim sercu rodzi się mnóstwo nadziei, radości i wiary.

Migawki z życia:
Ciągle żyję bardzo intensywnie, ale najważniejsze, że większość moich zajęć jest ściśle kapłańskich. Wczoraj byłem na pogrzebie księdza i modliłem się o życie wieczne dla niego. Potem w DA mieliśmy ślub kolejnej pary studentów jeszcze z moich duszpasterskich lat. Wieczorem zrobiliśmy z Adamem kawał drogi chodząc po jurajskich skałkach w Sokolich Górach. Dzisiaj prowadziłem odpust w Łaszewie, a od wieczora rozpoczęły się u nas kapłańskie rekolekcje. Razem z moimi brać, chcę przez trzy dni ożywić w sobie możliwie najpełniejszy udział w kapłaństwie Chrystusa.

Intencje modlitewne:
Od pierwszego dnia wakacji nie przestaję modlić się za naszych kleryków, a może teraz modlić się będę za nich więcej. W każdym razie to oni zajmują największą część mojego serca. Pamiętałem dziś też o chorych i cierpiących. Wierzę, że przynajmniej moją modlitwą za nich jakoś uzupełnię przed Bogiem mój brak konkretnych czynów miłości. Szturmuję też niebo w intencji nowych powołań do naszego seminarium. Pomóżcie mi się modlić o nowe powołania!

Miłujcie i módlcie się

June 15th, 2010 by xAndrzej

Jezus, mówiąc dziś o miłości do nieprzyjaciół, wymienia jednym tchem dwie czynności: miłujcie i módlcie się. Obydwie są ze sobą ściśle związane. Modlitwa kruszy i rozszerza nasze serce. Kiedy miłość staje się trudna, kiedy ludzie zranią lub po prostu zmęczą i rozdrażnią zawsze zostaje modlitwa. Jeśli potrafisz modlić się za swoich nieprzyjaciół to jest szansa, że ta złość się nie pogłębi i kiedyś przemieni się w zrozumienie i miłość. Być może to niekiedy bardzo trudne modlić się za nieprzyjaciół, ale nie ma lepszego sposobu, żeby zrobić dla nich miejsce w przestrzeni swojego serca. Po grzechu pierworodnym coś w nas pękło i słowa Boga zmieszały się z naszymi. Bóg bowiem mówi: “miłuj swoich bliźnich”, a człowiek dopowiada: “a nieprzyjaciół masz nienawidzić”. Mamy skłonności, żeby do Bożego Słowa dodawać mnóstwo własnych słów. I wtedy jesteśmy jak poganie, którzy poddają się własnej skażonej naturze, oddalając Boże natchnienia. Właściwie to nie znam doświadczenia wrogości. Pewnie Bóg oszczędził mi jawnych wrogów, a przynajmniej ja sam nigdy ich nie widziałem. To chyba ważne, żeby samemu nie zrobić z kogoś własnego wroga. Można wszędzie i we wszystkich widzieć zagrożenie, a wtedy człowiek zachowuje się jak osaczone zwierzę, chce kąsać, szarpać i zaciskać pięści. Boża miłość daje ogromne poczucie wolności, nawet wtedy gdy naturalne emocje i uczucia są negatywne i nieprzyjemne. Spotykam wielu ludzi zniewolonych od nienawiści i pretensji, wzburzonych i zbuntowanych, zagniewanych na rzeczywistość, która nie układa się według ich projektów, na ludzi, którzy nie chcą się poddać ich kierownictwu. Ci ludzie są czasem bardzo toksyczni i próbują nas zarazić swoją złością. Złość i nienawiść są wyjątkowo trujące, ale i na nie Bóg ma skuteczną odtrutkę. Jest nią modlitwa. Nie wierzę, żeby człowiek głębokiej i prawdziwej modlitwy miał skurczone i skamieniałe serce. Jak nie umiem kochać to zaczynam się modlić i w jakiś boski sposób, modlitwa uwalnia mnie od braku miłości. Cieszę się, że Jezus mnie rozumie w chwilach, gdy wybucham złością i nie potrafię pokochać, i że wtedy zaprasza mnie do modlitwy, żeby uspokoić moje serce. Kiedy się modlę odkrywam, że Jezus kocha wszystkich moich nie-przyjaciół i wtedy jest mi głupio, że On ich kocha, a ja sam nie chcę ich pokochać.

Migawki z życia:
W naszej małej, męskiej grupie modliliśmy się dziś dużo za kleryków i o powołania. Dostałem jako program na tydzień przypowieść Jezusa o minach. Nie umiałem jednak odnaleźć siebie w którejś z postaci tej przypowieści. Widocznie muszę czytać ten tekst codziennie, żeby odkrywać Boże sugestie.
Mam zrobiony rower i kupione kijki do chodzenia po Jurze. To taki drobny zwiastun nadchodzących wakacji. Muszę koniecznie zadbać o zdrowie i znaleźć wreszcie trochę czasu na jazdę i spacery. Sam niekiedy nie wiem, czy brak ruchu to zwykłe lenistwo czy prawdziwy brak czasu. Póki co kalendarz mam zapełniony od rana do wieczora. Jak dobrze, że Bóg wymyślił noc!

Wybrany za narzędzie

June 14th, 2010 by xAndrzej

Wszedłem w 18 rok kapłaństwa. Zastanawiałem się dzisiaj, czy jestem już dojrzałym kapłanem? Osiemnastka to przecież czas wchodzenia w dorosłość i czas posługiwania się dowodem tożsamości. Już jakiś czas temu przestałem słyszeć wokół siebie określenie “młody ksiądz”, a na szlakach górskich, zamiast braterskiego “cześć” młodzi pozdrawiają mnie dostojnym: “dzień dobry”. Nie rusza mnie jednak utrata fizycznej młodości, bo bardziej fascynuje mnie wchodzenie w dojrzałość. Nie żal mi sprawniejszego ciała i zgrabniejszej figury, bo w zamian Bóg daje mi jakieś wewnętrzne odczucie pokoju i radość z tego, że jest się coraz bliżej Niego. Pewnie strasznie mi daleko do głębszej dojrzałości, ale coraz bardziej czuję na sobie radość kapłańskiej tożsamości. Cieszy mnie koloratka pod szyją i w najmniejszym nawet stopniu nie podobam się sobie w białym kołnierzyku, czy eleganckiej koszulce. Kiedy zakładam sutannę wiem, że nie jestem sobą, ale jestem Chrystusa, a to dodaje mi więcej energii niż zachwyt nad osobistymi walorami. Z tych symptomów kapłańskiego dojrzewania najbardziej jednak lubię pragnienie modlitwy, taką łaskę daną od Boga, kiedy modlitwa przestaje być obowiązkiem, a staje się pragnieniem. Jednym słowem - jestem szczęśliwym księdzem! Nie skończył się więc dla mnie Rok Kapłański, bo każdy następny rok mojego życia, będzie rokiem kapłańskim, bo Bóg nie powołuje mnie na określony czas, wiem, że zostałem wezwany na wieki.
Fascynuje mnie ta tajemnica Bożego wzywania. Zaczynają już przychodzić do nas kandydaci na nowy rok formacji. Delikatnie wchodzę w ich życiorysy i widzę, jak Bóg stwarza swoich kapłanów, tak jak sam chce. Bez reguł, bez schematów, zawsze zaskakująco i nadzwyczajnie. Diabeł próbuje wprawdzie mieszać w świecie i robić wszystko, żeby zeszpecić obraz kapłanów, a Bóg jak dobry rolnik sieje ziarno powołania i daje łaskę wzrostu. Najpiękniejsze jest to czyste pragnienie Boga w sercu tych młodych ludzi. Jakby kpili sobie z intryg diabła i w całkowitej wolności wybierają drogę Bożej służby. A Bóg wybiera nas sobie za narzędzia (Dz 9,15)… Właściwie tylko tym różnimy się z ludźmi świeckimi. Bóg nas wybiera, żeby posłużyć się nami, aby rozwijać łaskę w sercach ludzi. To nie jest różnica stopnia doskonałości, bo jako kapłani nie należymy do ekstraklasy kandydatów na świętych i czasem bardziej upadamy niż niejeden świecki człowiek. Jedyne, co nas wyróżnia, to bycie narzędziem, to oddanie siebie do dyspozycji Boga. Stąd pewnie i nasze zobowiązanie do posłuszeństwa, do celibatu, do prostoty i ubóstwa, żeby być dla Boga dobrym narzędziem.

Migawki z życia:
Co tu dużo gadać, coraz częściej po prostu nie chciało mi się pisać! Kiedy przyszedł wieczór z wyrzutem patrzyłem na komputer i z jeszcze większą niemocą rezygnowałem z kolejnego wpisu na blogu. Dużo też się działo. Świętowanie kapłaństwa neoprezbiterów, wykłady, koniec roku, rozmowy. Bardzo dużo tego. Najwięcej radości miałem z chrzcin moich duchowych wnuków, czyli Mateusza i Szymona. Obydwaj mieli właściwie dopełnienie chrztu, bo pośród swoich niemowlęcych cierpień zostali ochrzczeni w szpitalu. Do Szymona jechałem aż do Stalowej Woli. Po drodze widziałem zalany Tarnobrzeg i okolice Sandomierza. Do dziś mam przed oczyma widok ludzi siedzących przy drodze na domowych kanapach i patrzących w stronę swoich zalanych domów.
W sobotę wzięli ślub Marcin z Karoliną -dawno się już tak mocno nie wzruszałem jak na ich ślubie, zwłaszcza, że zebrali się wokół nich ludzie szczególnie mi bliscy, taka moja duszpasterska rodzina. Czułem się jak starszy wujek wracający z dalekiej emigracji, żeby pobyć trochę wśród swoich. Ciągle mocno noszę ich w sercu i są dumą mojej kapłańskiej służby, bo czyż może być większa radość dla księdza, jak porządne i pobożne życie wychowanków?

Intencje modlitewne:
Za kleryków, za księży neoprezbiterów, o nowe powołania kapłańskie do naszego seminarium, za wspaniałych ludzi z DA “Emaus”, a szczególnie tych z moich duszpasterskich lat. Za wszystkich, którzy chorują, cierpią, którzy wiele lub nawet wszystko stracili przez powódź.