Go to content Go to navigation Go to search

Czas przeglądania się w lustrze

April 18th, 2010 by xAndrzej

Zapiski z pobytu w Swiato-Uspieńskiej Ławrze
Uniów - Ukraina - 6 - 9 kwietnia 2010

6 kwietnia 2010

Wyjeżdżamy z Księdzem Adamem o 6 rano. Pogoda fatalna, praktycznie całą drogę leje deszcz. Jedziemy przez Kraków- Tarnów - Rzeszów. W Korczowej przekraczamy granicę z Ukrainą. Mamy lekki dreszczyk, bo to pierwsze nasze doświadczenie wschodniej granicy. Nie ma jednak ani tłoku, ani większych problemów. Za to ukraińskie drogi wybijają nas ze zmęczenia. Nasze dziury w asfalcie to naprawdę drobiazg w porównaniu z ukraińskimi. Nawet na głównych drogach momentami czujemy się jak na placu budowy. Mijamy Lwów i kierujemy się na Tarnopol. Z głównej drogi skręcamy w stronę malowniczych pagórków pośród których ułożyła się mała wioska Uniów z greko-katolickim klasztorem studytów. To cel naszej duchowej pielgrzymki. Natychmiast dech nam zapiera w piersiach. Przepiękne miejsce, z którego bije jakaś duchowa aura. Na początek docieramy do klasztornego kościoła, w którym kończą się wieczorne modlitwy. Otwarty ikonostas, przepiękne ikony na ścianach, dźwięk greckiej liturgii, zapach kadzidła i widok mnichów kłaniających się co chwila ku ziemi i kreślących znak krzyża zachwyca nas od pierwszej chwili. Czuję, że śnię, albo przynajmniej oglądam jakiś film z dalekiego Wschodu.
Poznaję ojca Makarego, magistra tutejszego nowicjatu i głównego sprawcę naszej wyprawy. Poznajemy też Ojca Benedykta - igumena tutejszego monasteru. Pobyt zaczynamy od kolacji w refektarzu klasztornym. Dzięki temu, że trwa wielkanocna radość mnisi mogą rozmawiać przy stole i nieco lepiej zjeść, stąd pewnie doświadczymy bardziej radosnych chwil życia tej wspólnoty.
Próbuję się wtopić w tę wschodnią modlitwę, ale czuję się sztywny i zbyt poważny, żeby kłaniać się nieustannie przed Bogiem, całować wystawione do adoracji ikony i na dziesiątki razy robić znak krzyża. Przeszkadza mi ta moja sztywność i wyraźnie widzę, że mam tu przestać być ważniakiem od Pana Boga, a nauczyć się być Jego lokajem, służącym, który pokłonem i innymi pokornymi gestami ciała ma wyrazić swoje posłuszeństwo i całkowitą dyspozycję wobec Pana.
Na koniec dnia odprawiamy z Ks. Adamem Mszę Świętą. Na ołtarzu, za ikonostasem w ciszy sprawujemy najświętsze tajemnice. Po raz pierwszy w życiu odprawiłem Mszę świętą na cudownej płaszczenicy z wizerunkiem Chrystusa, w otoczeniu Ewangelii pisanej na ikonach.

7 kwietnia 2010

Z samego rana rozpoczynamy modlitewny maraton. Najpierw jutrznia złożona praktycznie z samych śpiewów i okadzeń. Mało rozumiem słowa, ale szybko wchodzę w duchowe przesłanie tych rytmów i pobożnych znaków. Dopiero dziś widzę, że w kościele obok mnichów jest też wielu świeckich. Cudownie prosta i bogobojna jest ich modlitwa. Widok barczystego potężnego ukraińskiego chłopa, który tuli się do ikony Matki Bożej, całuje ją i coś szepcze do ucha Maryi, przełamuje moje wczorajsze usztywnienie.
O 9. tej koncelebrujemy Mszę świętą w rycie greko-katolickim, ściśle według Boskiej Liturgii Świętego Jana Chryzostoma. Długie ale piękne celebracje. Zasadnicza struktura jest taka sama jak naszej Mszy świętej, ale bardzo rozbudowana i ubogacona o wiele nowych znaków pozwalających jeszcze bardziej zrozumieć sens dziejących się misteriów. To do czego przyzwyczaiłem się odprawiając Mszę świętą zaczęło nabierać dla mnie głębszego znaczenia. Na zakończenie Mszy Świętej szliśmy w procesji wokół kościoła.
Dopiero o 11 jest czas na śniadanie. Po nim udajemy się na krótki spacer po wiosce. Zadziwia nas dużo biedy i szarości, które widzimy.
O 14 południowe modlitwy kończące się procesją mnichów z cerkwi do refektarza. Obiad jest jakby wpleciony w całą liturgię. Tu wszystko musi przenikać świadomość obecności Boga, tak abyśmy, “czy jemy, czy pijemy” chwalili Pana.
O 17. tej nasze indywidualne medytacje w kościele zakończone udziałem we wspólnej modlitwie mnichów. Podczas kolacji ojciec Makary tłumaczy nam trochę historię i charyzmat studytów, kilka ważnych symboli i znaczeń w liturgii. Wieczorem udajemy się na wzgórze nieopodal ławry, gdzie znajduje się cmentarz klasztorny. Wielu z tutejszych zakonników to uniccy męczennicy.
Znowu wracamy do kościoła, na osobistą wieczorną modlitwę. W głębokiej ciszy, w atmosferze starych fresków i ikon sama dusza wznosi się ku niebu.
W drodze powrotnej spotykamy igumena Benedykta. “Taki pobyt w innym miejscu, w innej tradycji, w innym duchu liturgii jest jak lustro, które pozwala nam spojrzeć na siebie, na swoje życie duchowe inaczej niż dotąd” - tłumaczy nam Ojciec Benedykt - “W takim lustrze można zobaczyć to co piękne w naszym życiu, ale też i to czego nam brakuje, wszelkie braki i słabości”.
Tak chyba jest w istocie. Bóg stawia mnie tu przed lustrem i pomaga zobaczyć wiele takich rzeczy, które przestałem już widzieć.

Z Boskiej Liturgii Świętego Jana Chryzostoma - wezwania przed odczytaniem Ewangelii:
- Bądźmy uważni!
- Pokój z wami.
- Oto Mądrość - bądźmy uważni!
- Prawdziwa Mądrość!
- Bądźmy uważni!
- Alleluja, Alleluja, Alleluja……
Zanim nastąpi tekst Ewangelii diakon jeszcze jeden raz wzywa:
- Bądźmy uważni!
I jak tu nie wysłuchać z uwagą Słowa Bożego ????!!!!!

8 kwietnia 2010

Zaczynamy kolejny nasz dzień od kolejnej porcji modlitwy i udziału we Mszy Świętej. Tym razem rozumiemy już trochę więcej, choć nasze gesty i zaangażowanie są ciągle niepewne i niezdarne. Wiemy już co to jest Małe i Duże Wyjście, wiemy, kiedy mamy się modlić w ciszy, podczas gdy lud śpiewa pieśni, wiemy jak z pobożnością i bojaźnią Bożą zbliżać się do Najświętszego Sakramentu.
Po śniadaniu Ojciec Makary zabiera nas na małą wycieczką. Najpierw odwiedzamy szkołę podstawową. Mała, biedna wiejska szkoła. Z zewnątrz widać już jakieś remonty i dobudowane części, ale w środku wielka bieda. Dzieci w małych klasach wstają na nasz widok i witają się wielkanocnym pozdrowieniem wypowiedzianym po ukraińsku: “Chrystus zmartwychwstał!”. W pokoju nauczycielskim pijemy kawę z nauczycielami i rozmawiamy o ich problemach.
Z Uniowa jedziemy cztery kilometry do Przemyślan, żeby odwiedzić polskich księży i katolicką parafię. Stąd jedziemy do maleńkiej wioski, w której kiedyś pracował nasz ojciec Makary. Mimo, że wioska jest naprawdę maleńka stoją obok siebie dwie cerkwie: prawosławna i greko-katolicka. Nasz Makary z dumą pokazuje i opowiada co udało mu się zrobić dla tego kościółka, jak chodził tu po wielkim błocie i jak ciułał grosz do grosza, żeby coś pięknego kupić dla tej świątyni.
Wracamy do klasztoru na kolejną porcję modlitw. Podczas obiadu rozmawiamy z mnichami o różnych rzeczach duchowych. Pytają nas o wspólnoty charyzmatyczne, o egzorcystów i modlitwy o uwalnianie od złych duchów. Są tym bardziej zdziwieni niż zainteresowani. Niektórzy twierdzą nawet, że to taka zachodnia moda, którą trudno jest porównać z porządnym, wytrwałym i cierpliwym życiem duchowym. Dla nich życie duchowe musi się opierać na porządnej ascezie, codziennym pokonywaniu siebie, bez wielkich emocjonalnych zrywów, na cierpliwej modlitwie, całkowitym skupieniu się na Bogu, jako najlepszych zabezpieczeniach przed złymi duchami.
Po obiedzie spacerujemy po przyklasztornym terenie. Między drzewami widać dywany kwitnących białych zawilców. Wokół klasztoru wre praca mnichów. Ojciec Piotr dogląda swojej pasieki z pszczołami, inny z mnichów grabi uschłe liście, żeby odsłonić zieloną trawę, inni zajmują się wycinaniem gałęzi z drzew. Prawdziwe mnisze życie!
Ojciec Makary prowadzi nas też do obory, żeby pochwalić się klasztornym inwentarzem. Ksiądz Adam śmieje się ze mnie, bo zwiedzam oborę w pięknym garniturku i wypastowanych półbucikach. Rzeczywiście musi to śmiesznie wyglądać i zwracać uwagę, bo nawet ojciec Makary zachowawczo poucza nas, że będziemy krótko w tej oborze, żeby nasze ubrania “nie waniały”. Mało to chyba obchodzi brata pracującego w tym miejscu. Z dumą pokazuje nam świnie i krowy, z radością opowiada o prosiakach, które przyszły ostatnio na świat. Wracając oglądamy przez okna klasztorną wytwórnię świec.
O 18-tej wieczorne nabożeństwo. Robię postępy, bo Ksiądz Adam spogląda na mnie z uśmiechem gdy się uginam do ziemi i z lekkością robię już całe serie znaków krzyża. Może wreszcie spokorniałem?
Po kolacji ojciec Makary pokazuje nam kolejne części uniowskiej ławry. Oglądamy dawne pokoje pałacowe unickiego metropolity. Zwiedzamy małą pracownię pisania ikon i nowocześnie urządzone i skomputeryzowane archiwum. Na koniec, już z latarką w ręku, oglądamy wnętrze drewnianej cerkwi wybudowanej przy klasztorze.
Na koniec dnia osobiste modlitwy.

9 kwietnia 2010

Pora wracać do domu. Aż żal zostawiać to piękne miejsce, gdzie Bóg jest taki prosty i zwyczajny, gdzie czas nie pędzi tak szybko, a życie, choć przynosi tak samo wiele problemów, jest bardziej zanurzone w Bogu i spokojne. Dobrze mi tu było być, dobrze było się przejrzeć w tym lustrze, żeby zobaczyć, jak bardzo zesztywniałem, jak bardzo pokręciłem sobie swoje życie duchowe, które przecież w swojej istocie jest proste jak Bóg.

Późnym wieczorem jesteśmy już w seminarium. Po spokojnej nocy przyszedł poranek 10 kwietnia 2010 roku. W ciszę i pokój po moich małych, mniszych rekolekcji wdarł się jak złodziej dramat katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem.

Bitwa o księdza

April 2nd, 2010 by xAndrzej

Wielki Czwartek

Na naszym dawnym budynku seminarium w Krakowie Xawery Dunikowski wyrzeźbił postać kleryka lub młodego księdza z diabłem na plecach. Zapewne chciał, żebyśmy na zawsze pamiętali, że plecy księdza to szczególny cel szatańskich ataków. Stąd pewnie powołanie i dar kapłaństwa staje się dla nas wielką duchową walką. Jako człowiek wybrany do udziału w jedynie świętym kapłaństwie Chrystusa muszę dużo pracować, żeby nie ulec pokusie, żeby nie zdezerterować lub nie okazać się niewiernym. Może dobrze byłoby gdyby i świeccy mieli świadomość tych diabelskich ataków na księdza. Z jednej strony po to, żeby zrozumieć, ile kosztuje tego zwykłego człowieka walka o dorastanie do godnego noszenia boskiego daru powołania. Z drugiej strony, żeby mieć świadomość, że od wieków w świecie rozgrywa się również bitwa o księdza. Każdy kapłan powołany jest do tego, żeby stać się narzędziem przepływu Bożej łaski na ludzi i cały świat. Diabeł wie, że jeśli zabrudzi kapłana to sprawi, że zabrudzą się wody z boskiego źródła łaski. Z tego powodu uruchamia on całą machinę antyklerykalnych działań. A ponieważ nosimy ten “skarb w naczyniach glinianych”, ponieważ nie spadamy z nieba, ale jesteśmy zbudowani z tej samej, grzesznej gliny co wszyscy, łatwo jest rozbijać i kruszyć ludzki wymiar kapłaństwa. Bo jako ludzie, my, kapłani, nie jesteśmy święci, a nasza ważność nie jest z naszego powodu, ale z mandatu Chrystusa, z Jego wspaniałomyślnej decyzji, żeby nas, słabych ludzi uczynić narzędziem przeogromnej łaski i uzdolnić nas do działania “in persona Christi”. A tego ostatniego diabeł ścierpieć nie potrafi! Bitwa o księdza tak naprawdę jest więc bitwą o Boga. Bo niby dlaczego buduje się obraz księży jako wielkich wrogów ludzkości, niby dlaczego robi się z nas największych donosicieli, złodziei i zboczeńców? Przecież każdy, uczciwie myślący i rzetelnie oglądający rzeczywistość człowiek wie doskonale, że my, kapłani nie jesteśmy największym zagrożeniem świata. Bo czy zagrażamy światu nauczając o miłości i przebaczeniu? Czy zagrażamy światu głosząc przykazania i wzywając do wzajemnego szacunku i pokoju? Czy zagrażamy młodym ludziom ucząc ich czystej miłości jako fundamentu do budowania stabilnego rodzinnego domu? Czy odbieramy komuś na siłę pieniądze i wtrącamy do więzienia z niepłacenie na tacę? Komu więc tak naprawdę zagraża dziś kapłan? Może właśnie samemu diabłu i tym, którzy stają po jego stronie.
W Wielkim Poście spotkałem całą masę wspaniałych ludzi, którzy to rozumieją, którzy nie zważają na paniczne krzyki diabła, klękają u kratek konfesjonału, stają w długich orszakach do Komunii Świętej i wiedzą, że gdybyśmy nie mieli kapłanów, nie mielibyśmy Pana!
Dziękuję wszystkim, którzy w bitwie o księdza stają po stronie Boga i widząc czasem wielką grzeszność ludzi wybranych do kapłaństwa, zamiast ciskać w nich kamienie, modlą się za nich, pokutują, z wielką miłością i kulturą przywołują do porządku i nigdy nie zostawiają samych w wielkim dziele głoszenia Ewangelii.
W moje kapłańskie święto modliłem się za Was, bo dzięki Wam mogę każdego dnia wznosić ręce ku Bogu i nie muszę się martwić, że moje ręce osłabną w samotnej bitwie z diabłem o kapłańską duszę.