Go to content Go to navigation Go to search

Wybaw mnie ode mnie

May 9th, 2012 by xAndrzej

Nigdy nie jest za późno na nawrócenie, na jakieś nowe, wielkie pęknięcie w życiu, które z nową siłą może nas jeszcze bardziej zbliżyć do Boga, sprawić, że przeżyjemy nowe narodzenie. Zbliżam się do dziewiętnastej rocznicy kapłaństwa i przypomniałem sobie, że święta Teresa z Avila właśnie po 19 latach życia zakonnego przeżyła radykalne nawrócenie. Zrozumiała, że nie może się bawić w Boga i Kościół, że ma Mu wreszcie oddać się całkowicie. Przez te dziewiętnaście lat czuła się jak na huśtawce: raz po stronie Boga, raz po stronie świata. Przez takie huśtanie się nigdy nie doświadczała prawdziwej komunii z Bogiem, bo kiedy była na górze, po stronie Boga, świat spychał ją w dół, a kiedy świat windował ją w górę, wyrzuty sumienia i tęsknota za Bogiem znów przechylały ją na stronę wiary. Miała dość tej zabawy i którejś nocy runęła na posadzkę w kaplicy żądając wręcz od Boga radykalnej przemiany życia. Czuła się w tym wszystkim bezradna, pusta i słaba. Jakby doszła do ściany swojego zakonnego życia. I właśnie to poczucie pustki i beznadziejności doprowadziło ją do decyzji całkowitego zatopienia się w Bogu. Nie wiem, czy można to nazwać duchowym wypaleniem? Najważniejsze, że pozwoliła się Bogu wypalić w swoich ludzkich oczekiwaniach, troskach, nastawieniach. Nagle odkryła, że tylko wewnętrzna modlitwa i całkowita pokora może stać się dla niej źródłem nowego życia. Prosiła żarliwie Boga: “Wybaw mnie ode mnie!”.
Po wielu latach życia człowiek nazbiera różnych skarbów i majętności. Zaczyna coś znaczyć, coś mieć, jest już mocno wkręcony w wir swojego świata, swoich układów, znajomości, zna się już na różnych zabezpieczeniach i ma coraz mniej odwagi na ryzyko. Coraz bardziej wydaje mu się, że zna się na wszystkim. I właśnie dlatego trudno się zmienić w dojrzałym wieku, trudno na nowo uwierzyć i jeszcze trudniej to wszystko zostawić. Nie muszą to być tylko rzeczy materialne. Taką samą siłę skupienia na sobie mają również zaszczyty i bogactwa duchowe, duchowe przyzwyczajenia i sukcesy. Wielką mądrością był biblijny rok szabatowy, taki czas nie tyle odpoczynku, co oddania się do dyspozycji Bogu. Dziś pewnie byśmy się bali zostawić wszystko na rok, wyłączyć się z aktywności, z wyścigu o lepsze miejsca i stanowiska.
Wybaw mnie, Panie, ode mnie! Modliłem się dziś o to gorąco i natychmiast zobaczyłem ile tych moich spraw i trosk odgradza mnie od Boga. Gdybym Bogiem zajmował się tyle co samym sobą, umierałbym jak święty! Może więc Bogu potrzeba czasem mojego wypalenia? Może nie muszę się bać tego, czym mnie starszą, że się mogę wypalić po iluś latach kapłaństwa? Jeśli to, co się we mnie spala jest miłością własną, to proszę Boga, aby mnie wypalał tym bardziej.

Czytam teraz Autobiografię Księdza Twardowskiego. Kiedy ksiądz Jan był dzieckiem często chodził z rodzicami na Powązki. Obok grobu jego dziadków znajdował się ciekawy nagrobek z kamienną figurą młodej, pięknej kobiety. W grobie była pochowana kobieta, która umarła w dniu swego ślubu. Umarła w dziwnych okolicznościach. Kiedy ubrała swoją ślubną suknię i obfity welon tak długo i z zachwytem przeglądała się sobie w lustrze, że nawet nie zauważyła, że zapaliła się od pobliskich świec. Śmiertelnie poparzona zmarła w warszawskim szpitalu. Ksiądz Twardowski opowiadając te historię, podsumowuje ją z całą prostotą, że tak się kończy miłość własna.

Diabelskie wykorzenienie

May 6th, 2012 by xAndrzej

Święty Proboszcz z Ars miał wiele kłopotów z niejakim Grapin. Były takie noce kiedy walił mu w meble, trzaskał drzwiami, żeby tylko oderwać świętego Jana Marię od modlitwy, albo przerwać i tak już maksymalnie krótki czas na sen. Do dziś na plebani w Ars można zobaczyć podpalone łóżko. Niekiedy podczas takich awantur parafianie myśląc, że jacyś rabusie plądrują mieszkanie proboszcza wkraczali do środka na ratunek. Poczciwy proboszcz odwracał się do nich i przez umęczone usta mówił ze spokojem: “To nic strasznego. To tylko Grapin znów chce mi przeszkodzić w kontakcie z Bogiem”. W mieszkaniu nie widzieli jednak nikogo. Czuli, że ten Grapin to nikt inny jak sam diabeł. Święty Jan Vianney bardzo celowo nazywał diabła francuskim słowem grapin. Normalnie oznaczało ono niewielkie, rolnicze narzędzie do wykopywania ziemniaków spod krzaka. Grapin to ktoś taki, kto za wszelką cenę chce oderwać człowieka od korzeni i od krzaka.
Przypominałem sobie tę historię podczas medytacji dzisiejszej przypowieści o winnym krzewie. Jezusowi chodzi w niej przede wszystkim o nas. Prosi nas, abyśmy trwali w Nim, jak latorośl w krzewie, bo odcięci i wykorzenieni szybko zaczniemy gnić lub usychać. A jest w dzisiejszym świecie jakieś wielkie dążenie do wykorzenienia z nas wszystkiego co Boże, co pochodzi od Niego i jest Jego prawdą o nas. Chce się nas odciąć o prawdy o życiu, które pochodzi od Boga, od naszej naturalnej i wrodzonej płciowości, od normalnej rodziny złożonej z mężczyzny i kobiety, chce się nas odciąć od Tradycji, od Kościoła, od historii i kultury.

Bardzo nie lubię ciętych kwiatów. Może pięknie wyglądają w wazonie, zwłaszcza gdy są wkomponowane w artystycznie ułożony bukiet. Ale każde cięte kwiaty szybko więdną, gniją i usychają, bo po prostu zostały odcięte od korzenia. A nic co zostało odcięte od swoich korzeni nie może żyć długo!
Jestem za mało święty i pewnie dlatego Grapin nie rozwala mi mebli w mieszkaniu ani nie podpala łóżka, ale często go słyszę, jak delikatnie próbuje mnie oderwać od modlitwy, jak się wyśmiewa, gdy chcę być bardziej gorliwy niż jestem, jak mi podpowiada, bym przestał kochać, wierzyć i być posłusznym Bogu, jak perfidnie podsuwa mi wiele nieczystych obrazów i programów, jak subtelnie wciska mnie w wygodę i poszukiwanie ważności. Czuję go na swoich plecach, jak mnie szarpie i zatrzymuje kiedy chcę porządnie wykonywać swoje kapłańskie czynności, jak szepcze mi do ucha, żebym może dał już sobie spokój z tą lojalnością wobec Kościoła i postarał się o coś wyjątkowego, żeby tylko zaistnieć. Cwany Grapin! Robi wszystko, żeby mnie tylko wykopać z komunii z Jezusem! Dlatego mniej muszę myśleć o tym, czy będę kwitł i zachwycał innych, a więcej o tym, czy się trzymam korzenia i krzewu, który jedynie daje życie!

Święci przełożeni

May 4th, 2012 by xAndrzej

Znam dużo świętych podwładnych, zwykłych zakonników i zakonnic, które swoją świętość hartowały w cieniu surowych i zimnych decyzji przełożonych. Zapewne to wielka świętość, kochać pomimo tego, że jest się niezrozumiałym i wierzyć, pomimo, że jest się z góry mocno ograniczanym w niektórych praktykach wiary. Wzrusza mnie święty Franciszek ze swoją odwagą przełamywania lęku wobec biskupów dla których jego świętość była za bardzo święta. Współczułem nie jeden raz św. Teresce od Dzieciątka Jezus czy św. Siostrze Faustynie, że tyle się nacierpiały od swoich sióstr z rodzimego zakonu. Podziwiałem Ojca Pio, któremu zakazano nawet publicznego sprawowania liturgii, a on z wiarą przyjmował to ograniczenie i nie obrażał się na Boga i jego Kościół. Nie mam wątpliwości, że to wielcy święci.
Czasem jednak szukam też biografii świętych przełożonych, żeby uczyć się od nich świętości w stawianiu wymagań, w mądrym i ewangelicznym karceniu, w nieustannym narażaniu siebie na niewygodne i niepopularne decyzje. Świętość Boga zawiera się w jednym i drugim. Bóg jest Panem i Zbawicielem - boskim Przełożonym całego świata. A w Jezusie Chrystusie jest też umęczonym i sponiewieranym Sługą. W świętości bowiem nie ma podziałów na bogatych i biednych, na podwładnych i przełożonych.
Mój znajomy ksiądz, który buduje kościół, lubi mówić do swoich parafian, że kościoła nie budują bogaci czy biedni, kościół budują wierzący. Podobnie jest ze świętością. Świętymi nie są podwałdni czy przełożeni, świętymi stają się ci, którzy zakochali się w Bogu i robią wszystko, żeby Go naśladować.

Trzeci wymiar

April 22nd, 2012 by xAndrzej

Tak jak my jesteśmy w drodze, tak i nasza wiara wędruje z nami drogami naszego życia. Uczniowie Jezusa często musieli pokonywać zawiłości drogi wiary, skręcać, albo zawracać z drogi, która wydawała im się już pewna i prosta. Najpierw musieli uwierzyć, że Jezus z Nazaretu jest prawdziwym Bogiem. Kiedy wreszcie to do nich dotarło, wpadli w nowy zakręt wiary - ten prawdziwy Bóg zamiast sukcesu poniesie klęskę, zamiast uruchomić swoją wszechmoc przyjmie cierpienie i krzyż. Nic dziwnego, że uciekli wtedy spod krzyża przywaleni faktami sprzecznymi z ich ludzkim wyobrażeniem Boga.
Kolejna fala zwątpienia dopadła ich po zmartwychwstaniu. Może już poukładali sobie w głowie prawdę o Synu Bożym, który będzie cierpiał, ale wierzyli, że jak zmartwychwstanie to wszystko się zmieni, wszystko będzie nowe - taki nowy raj na ziemi. I znów się zawiedli. Jezus zmartwychwstał, a świat od zewnątrz pozostał jakby taki sam. A wszystko przecież miało być nowe. Dla nich zmartwychwstanie wiązało się z jakąś zmianą okoliczności, uzdrowieniem zewnętrznego świata. Ich dwuwymiarowy świat nie mógł przyjąć prawdy o jakiś trzeciej rzeczywistości. W ich świecie wszystko było albo - albo. Ciało albo duch, życie albo śmierć, zwycięstwo albo klęska. Zmartwychwstały Jezus ciągle im pokazywał, że istnieje jakaś trzecia droga, trzeci wymiar, w którym mieści się tajemnica zmartwychwstania. Można mieć to samo poranione ciało, a w środku nosić zdrowe życie, można wrócić do tych samych kiepskich okoliczności, a w sercu mieć radość, nadzieję i miłość. Jezus nie zaczął od zmiany okoliczności, ale zmiany serca. Przez swoje zmartwychwstanie nie zafundował nam nowego raju, ale nowe serce i nowe życie! Dlaczego tak? Nawet gdyby dał nam rajskie okoliczności, a nie odkupiłby nas z grzechu znów byśmy wszystko popsuli. Przecież już raz popsuliśmy rajski ogród swoim grzechem. Zwycięstwo zmartwychwstania zaczęło się więc nie od zmiany okoliczności, ale od zmiany serca. To dopiero jest droga do zmiany świata.
Trochę podobnie funkcjonuje moja wiara. Często wątpię w obliczu trudnych okoliczności, często uzasadniam swoją niewiarę i smutek w wierze rozczarowaniem z powodu tego co się dzieje w świecie i wokół nas. Mój udział w zmartwychwstaniu Jezusa zaczyna się wtedy, gdy nawet w najgorszych okolicznościach uwierzę w swoim sercu, że Jezus powstał z martwych, a potem wyznam to swoimi ustami.
Kiedyś do Matki Teresy z Kalkuty przyszedł ksiądz. Był kompletnie załamany, wypalony nie tylko w swoim kapłaństwie, ale w swojej wierze. Przez długi czas nie potrafił się modlić, obrzydzeniem napełniała go każda kapłańska posługa i kapłański sposób życia. Był prawie pewny, że albo musi dać sobie spokój z kapłaństwem, albo zrobić coś zupełnie nowego, szalonego, nadzwyczajnego. “Matka robi tyle wielkich rzeczy dla ubogich i umierających na ulicach Kalkuty - zwierzał się tej prostej zakonnicy - Może ja też bym się w to włączył. Może to wyrwałoby mnie z moich trudności w wierze?” Błogosławiona miała mu odpowiedzieć: “Niech ksiądz wraca do swojej parafii i robi to co do niego należy. Z jedną tylko różnicą. Niech ksiądz trzyma przy swoim łóżku krzyż i każdy dzień niech ksiądz zaczyna od ucałowania krzyża”. Trochę zawiedziony wrócił do siebie i zaczął całować krzyż. Po kilku miesiącach tej praktyki obudził się inny, z jakimś światłem w sercu i pragnieniem służby porównywalnym do tego z pierwszych dni kapłaństwa. Myślę, że on zrozumiał, że jego kapłańskie wypalenie to nie wina okoliczności, ale jego kapłańskiego serca. Uwierzyć w swoim sercu, że Jezus powstał z martwych to znaczy często w starych okolicznościach narodzić się nowym człowiekiem.

Konkrety miłosierdzia

April 15th, 2012 by xAndrzej

Ze wszystkich wizerunków zmartwychwstałego Pana najbardziej lubię wschodnią ikonę pokazującą Jezusa wychodzącego z grobu nie w geście tryumfu i zwycięstwa ale z rękami pełnymi roboty, wyciągniętymi do cierpiących, upadłych i załamanych. Jakoś mocno czuję, że Jezusa nie interesuje Jego własne zwycięstwo, nie delektuje się swoją siłą pokonania cierpienia i śmierci, ale przynaglony miłością, chce pociągnąć do swojej radości wszystkich, którzy stracili radość. On chce, mocą zmartwychwstania, wyciągać z grobu wszystkich, którzy żyjąc umierają. Dlatego nie ma lepszego wyczucia kontynuacji świąt Zmartwychwstania, jak wejście w tajemnicę Bożego Miłosierdzia. Od samego rana rozpływałem się nad miłością Boga. Przeczytałem kawał Pisma Świętego, obejrzałem relację z Łagiewnik, porządnie odprawiłem Godzinę Miłosierdzia. Ale po tym wszystkim nagle sobie przypomniałem przesłanie Dzienniczka, że nie ma prawdziwego kultu Miłosierdzia Bożego bez drobnych choćby, konkretnych czynów miłości. I prysło całe moje samozadowolenie ze święta miłosierdzia Bożego. Mój świetny nastrój i kontemplacja czułości Boga nagle wydały mi się puste i niekonkretne. Taki pobożny bełkot, słodka dewocja dla samozadowolenia z własnej pobożności. Miłosierdzie bez żadnego konkretu miłości. A Jezus mówił wyraźnie do Faustyny, że każdego dnia ma wykonać przynajmniej jeden konkretny uczynek miłości. Przynajmniej jeden i konkretny!!! Nie miałem pomysłu na takie konkrety. Świat ludzi potrzebujących wydawał mi się mimo wszystko anonimowy i daleki. Siadłem najpierw przy komputerze i pierwsza wiadomość na poczcie to była informacja od jakiegoś młodego człowieka, właściwie jedno zdanie: „Nie potrafię żyć! Potrzebuję ratunku!”. Drugi list, niby bardziej optymistyczny, studenta, który wprawdzie ma jakieś plany na życie, ale wciąż leczy rany z rodzinnego domu. Okazuje się, że można nie wychodzić z domu i usłyszeć mocno i wyraźnie konkretne wołanie ludzi o pomoc, o miłosierdzie. Wiem, że to nie o księdza chodzi, ale o wiarę w jego pośrednictwo u Boga bogatego w miłosierdzie. Przecież Jezus Zmartwychwstały tak bardzo nam zaufał. Jedenastu jego uczniów trwało w uporze i wątpliwościach, a On mimo to przekazał im zadanie głoszenia Ewangelii. Mimo, że byli jak zamroczeni, a serca ich były na uwięzi, powiedział do nich: „Pokój wam! Weźmijcie Ducha Świętego, komu odpuścicie grzechy będą odpuszczone, a komu zatrzymacie, będą zatrzymane”. Nie jestem księdzem tylko od tego, żeby słowami ogłaszać Zmartwychwstanie Pana, ale żeby tak jak On brać w swoje dłonie wyciągnięte ręce, wołające o pomoc w wyrywaniu z upadku. Na chwilę też odwiedziłem pobliski szpital. Nic wielkiego tam nie zrobiłem, ale zobaczyłem kolejny olbrzymi świat ludzi wołających o miłosierdzie, wyciągających ręce do Zmartwychwstałego Pana.
Lubię tę wschodnią ikonę, na której Jezus nie delektuje się potęgą swojego Zmartwychwstania, ale pochyla się nad wołającymi o pomoc, i każdego z nich chwyta za rękę by wyciągać z grobu. Sam wyciągnąłem nieśmiało swoją prawą rękę w Jego stronę, prosząc, żeby tak mocno mnie pociągnął, abym, jako ksiądz, mógł drugą ręką pociągnąć za Jezusem, wszystkich, którzy wołają przeze mnie o miłosierdzie Boże.
Ten wielki świat ludzi wołających o pomoc, to jest najważniejsza przestrzeń nowej ewangelizacji. Jeśli Zmartwychwstały Chrystus posyła nas na głoszenie Ewangelii, to nie mam wątpliwości, że chodzi Mu najbardziej o tych, wołających o pomoc.

Naczynie ufności

April 10th, 2012 by xAndrzej

Ufam. Choć chciałbym ufać jeszcze więcej. Nie wiem, czy starczy mi tej mojej ufności, żeby spokojnie iść przez życie z niewzruszoną pewnością Bożego Miłosierdzia? Jezus pouczał Faustynę, że “łaski z Jego Miłosierdzia czerpie się jednym naczyniem, a nim jest ufność”. Jeśli w czymś mam za dużo ufności, to w zaufaniu sobie i światu. Stanowczo za dużo ufam swoim możliwościom i stanowczo za dużo ufam ludzkim układom. Najważniejszy układ mojego życia to ten, który ciągle zawieram z Jezusem. Wbrew osobistym deklaracjom o ufności w Bogu, ciągle stawiam na ludzkie środki i ziemskie możliwości. Nawet czasem w kapłaństwie boję się wszystko postawić na Jezusie. Tak, jakby Jezus miał nie dać sobie rady ze współczesnym światem! Jakby nie miał siły przepchnąć się z tylnych siedzeń na pierwsze miejsca!
Ufność to jednak coś zupełnie innego niż pewność siebie. Człowiek pewny siebie nie potrzebuje ufać, bo on jest bez reszty przekonany w swój własny sukces i własne możliwości. Wielkość ufności jest wprost proporcjonalna do mojego poczucia nędzy i grzeszności. Myślałem, że to starość rodzi w człowieku coraz większe poczucie grzechu, a tymczasem to właśnie coraz większa ufność w Bogu sprawia, że czujemy się większymi grzesznikami. Im bliżej jesteśmy światła tym bardziej widzimy swoje brudy. Im bardziej oddalamy się od światła tym bardziej wydaje nam się, że jesteśmy czyści i sprawiedliwi.
Paradoksalnie, duchowy postęp nie daje nam komfortu nieskazitelności, ale ukazuje nam naszą nędzę. Jeśli z każdym dniem czuję się lepszy, bardziej bezgrzeszny i doskonalszy, jeśli z każdym dniem czuję się coraz bardziej skuteczny i utwierdzony we własnej nieomylności to znaczy, że zamiast wchodzić na szczyt zaczynam się z niego staczać.
Jezus mówi bowiem: “im większa nędza, tym większe ma prawo do miłosierdzia mojego”; “im większy grzesznik, tym większe ma prawo do miłosierdzia mojego”; ” jestem hojniejszy dla grzeszników, niżeli dla sprawiedliwych”.
Miłosierdzie Boże jest jak oddział intensywnej terapii, gdzie jest miejsce dla największych nędzników, gdzie udziela się najpierw pomocy tym, których rozdziera ból i świadomość własnej grzeszności. Bez przyznania się do tego bólu, można umrzeć na zawał grzechów i nie skorzystać z uzdrawiającej mocy Bożego Miłosierdzia. Bezwzględnym warunkiem czerpania z Bożego Miłosierdzia jest odczucie własnej nędzy i grzeszności. Częstą chorobą księdza jest utrata tego poczucia. Za mało czujemy się nędzni a za często mamy przekonanie o własnej wyjątkowości. Jesteśmy wrażliwi i zdenerwowani na cudze grzechy a często ślepi na własne. Znieczulenie na własną nędzę i grzeszność osłabia naszą ufność w Bogu a zwiększa zadufanie w sobie. Wiem, że to jest czasem największą blokadą w kapłańskim sercu na jego otwarcie się na Boże Miłosierdzie. Kapłan, który nie czuje się nędznikiem i największym grzesznikiem ze wszystkich grzeszników nie jest świadkiem Bożego Miłosierdzia. Bo o Bożym Miłosierdziu może świadczyć tylko ten, który sam doświadczył miłosierdzia. Jezus zapewnia Faustynę:”największa nędza duszy nie zapala mnie gniewem, ale się wzrusza Serce Moje dla niej miłosierdziem wielkim”.

Męskie rozmowy

March 4th, 2012 by xAndrzej

Uczniowie Jezusa byli zachwyceni Mistrzem. Poszli za Nim i na początku jakby wszystko układało się po ich myśli. Jezus uzdrawiał. Kto nie poszedłby za kimś, kto za jednym dotknięciem ręki przywraca zdrowie i wyciąga z kalectwa? Jezus czynił wiele innych cudów. Któż nie dałby się pociągnąć cudownymi znakami, wzbudzającymi wielkie poruszenie w otoczeniu? Za Jezusem szły coraz większe tłumy. Tłumy są dla wielu dowodem na skuteczność misji. Któż więc nie poszedłby za takim przywódcą, który może zapewnić dobre, prestiżowe stanowisko i zaspokoić władcze ambicje, który po prostu gromadzi przy sobie rzesze ludzi? Te wszystkie fakty mieściły się doskonale w ludzkich pragnieniach uczniów.
Nagle Jezus wziął ich na męską rozmowę. Po raz pierwszy zapowiedział, że w tym wszystkich chodzi o coś zupełnie innego. Przyznał się im, że nie przyszedł głównie po to, żeby uzdrawiać, czynić cuda, czy zdobywać popularność wśród ludzi. Jego ziemski koniec będzie tragiczny. Będzie samotny, będzie cierpiał i umrze na krzyżu. Trudno się dziwić Piotrowi, że tak zareagował. Przecież nagle Jezus zburzył całe jego myślenie. “Nigdy nie pozwolę na coś takiego!” - stwierdził z mocą. “Zjedź mi z oczu szatanie, bo nie myślisz po Bożemu ale po ludzku” - upomniał go zdecydowanie Jezus. To była twarda, męska rozmowa. Przyszły papież musiał zmienić całe swoje myślenie o drodze za Jezusem. Musiał przestać patrzeć na tę drogę w kategoriach społecznych i ekonomicznych sukcesów, a nawet tych pobudzających i ekscytujących znaków.
Jakby tego było mało za chwile przyszła kolejna druzgocąca nauka Mistrza. Dowiadują się, że jak chcą iść za Nim muszą wziąć swój krzyż i dźwigać go codziennie. Nie ma innej drogi za Jezusem! Żadnych magicznych sukcesów i łatwych rozwiązań. Codzienna wierność naznaczona zgodą na ofiarowanie życia. Kto straci życie ten je odnajdzie. Ich męska dojrzałość miała się teraz przejawiać w ukrzyżowaniu codzienności, w codziennym chodzeniu za Mistrzem. Jakby koniec z młodzieńczymi zabawami w duchową walkę, koniec z wymachiwaniem szabelką i chwilowym straszeniem przeciwnika. Znów musieli przetrawić tę męską rozmowę z Jezusem.
Przez sześć dni chodzili jak struci. Byli zupełnie zdezorientowani, gdzie jest prawda, czy to wszystko nie jest jakąś mistyfikacją, bo przecież zaakceptowali cuda i uzdrowienia, pociągały ich masowe sukcesy i trudno im teraz wpisać w chodzenie za Jezusem totalną klęskę! Przez sześć dni głowa pękała im od wątpliwości. Wstydzili Mu się do tego przyznać. Zresztą, po reprymendzie jaką dostał Piotr woleli się nie odzywać. Po ludzku jednak nie umieli się pogodzić z takim obrotem sprawy. Ich wyobrażenie Boga siłą rzeczy wiązało się z mocą, cudami, władzą, zwycięstwem, tłumami. Jak tu przyjąć, że prawdziwą wolą Ojca jest samotność, cierpienie i śmierć Syna?
Dali się jeszcze namówić na wspólną wyprawę w góry i na modlitwę. Może chcieli wrócić jeszcze do tych trudnych męskich rozmów? Ale to czego doświadczyli i co zobaczyli zaskoczyło ich milion razy bardziej niż wcześniejsze męskie rozmowy. Oświeciła ich boskość Jezusa. Doświadczyli wewnętrznej pewności, że są w najlepszym na świecie miejscu, z którego aż nie chce się odchodzić. No i ten głos z nieba: “To jest mój Syn umiłowany! Jego słuchajcie!”. Przestali mieć już wątpliwości kogo słuchać. Gdzieś wewnętrznie zrozumieli, że tylko On i Jego droga prowadzi do pełnego zwycięstwa. I może jeszcze wiele razy coś pociągnie ich ku starej wizji Boga, wizji sukcesów i cudowności, ale gdzieś w środku pracować w nich będzie doświadczenie z Taboru, poprzez które Jezus potwierdził wszystkie męskie rozmowy z nimi. I może jeszcze długo będą dorastać do męskości w wierze, ale przez te męskie rozmowy i widok przemienienia Pana przestali być dziećmi, które muszą ciągle coś dostawać i coś mocnego przeżywać. Zaczęło im wystarczać, że Jezus cierpiał, umarł i zmartwychwstał dla ich zbawienia.

Amnestia w sercu

March 2nd, 2012 by xAndrzej

W pokojach mojego serca muszę znaleźć miejsce dla wszystkich spotkanych ludzi. Niekiedy jest to proste, zwłaszcza wtedy, gdy inni odpłacają za gościnę sympatią, pamięcią, przyjaźnią. Tacy ludzie nie zakłócają pokoju serca, a wręcz są jego radością. W moim sercu mogę jednak zbudować również więzienne cele. Niewolnikami mojego serca mogą stać się ci, którzy mnie poranili swoją słabością, innością, agresją.
Dużo dziś myślałem o Sercu Jezusa. W odróżnieniu od mojego - jest Ono otwarte dla wszystkich w obydwie strony. Mogę zamieszkać w sercu Jezusa i mogę z niego odejść. Czuję, że każdy z nas ma w sercu Boga jednakowe mieszkanie, bez względu na to kim jest i ile ma grzechów na swoim koncie. Przebite serce Jezusa i wypływająca z Niego krew i woda są znakiem jakieś totalnej amnestii Boga dla nas ludzi. Nawet dla tych najgorszych - bluźnierców, oprawców, morderców. Właśnie takie czyste i wolne serce Boga jest dla mnie źródłem duchowego rozeznania. Tam gdzie nie ma miłości, tam nie ma Boga! Tam gdzie jest potępienie i całkowite odrzucenie - tam, tak naprawdę zaczyna się królestwo diabła.
W momencie przebicia włócznią Jezus odkrył się całkowicie. Ostatecznie wypuścił ze swojego serca wszystkich więźniów.
W wielkopostnej pracy nad sobą modlę się do Serca Jezusowego o wolność mojego serca. Chcę pootwierać wszystkie cele, uwolnić wszystkich ludzi, których trzymam za kratkami moich pretensji, oczekiwań, złości i gniewów. Może nie ze wszystkimi uda mi się zewnętrznie poukładać wszystkie sprawy, może na zewnątrz wciąż widać będzie tylko mury, ale bardzo pragnę, żebym mógł stanąć przed Bogiem w wolności serca, z pokojami pootwieranymi dla wszystkich.
Powiedziałem dziś Bogu, że ze względu na Jego miłość i krzyż, ogłaszam całkowitą amnestię w moim sercu! Uwalniam z niego wszystkich niewolników i otwieram na oścież drzwi wszystkich tych pokoi, z których wyprowadzili się ludzie skrzywdzeni przeze mnie. Wierzę, że Bóg uczyni cud całkowitego pokoju serca, że z największych nawet ran wypłynie miłosierdzie.
Bóg przecież właśnie taki post wybiera, żebym rozerwał kajdany zła i grzechu i był gotowy na pojednanie.
Niespokojne jest moje serce, dopóki są w nim cele dla niewolników, dla nie - przyjaciół.
Tylko Bóg może uczynić moje serce otwartym, bo mój osobisty grzech ciągle zamyka w nim jakieś pokoje lub przemienia je w więzienne cele. To tak jakbym pozatykał wszystkie żyły, żeby zablokować dopływ krwi. Robię sobie czasem takie by-passy, ale to starcza tylko na chwilę. Najlepsze wyjście to oddać Jezusowi swoje serce i przyjąć Jego serce.
Często to sobie tak wyobrażam, że Bóg musiał umrzeć, żeby dać mi serce, właśnie takie bez niewolników. On umarł za mnie, bo inaczej nie można podzielić się swoim sercem.

Róża pustyni

February 29th, 2012 by xAndrzej

Pustynia to ważna metoda pedagogii Boga. Bóg nas wyprowadza na pustynię, żeby uczyć nas miłości pomimo. To najdojrzalsza forma miłości: kochać pomimo braków, pomimo głodu i cierpienia. Łatwo się kocha, gdy wszystko układa się wspaniale, ale to nie wystarcza do pełni miłości. Miłość, której uczy Bóg na pustyni nie jest jednak oparta tylko na cierpieniu. Cierpienie jest tylko drogą do prawdziwej miłości. Czytam teraz autobiografię brata Morisa, małego brata Jezusa. Jestem akurat na początku jego drogi we wspólnocie małych braci. Brat Moris razem z grupą współbraci wędruje dwa tygodnie przez pustynię do pustelni brata Karola de Foucauld. W czasie drogi i przez następne dni rekolekcji wśród piachów Sahary bracia doświadczają wielu różnych sytuacji. W trudnych chwilach wychodzą z nich największe słabości - złość, gniew, zmęczenie, znużenie drogą. Często się ranią szukając dla siebie łatwiejszych zadań i wypominając sobie wzajemną słabość. Droga przez pustynię zamiast jednoczyć staje się niekiedy koszmarem codziennego dźwigania siebie. Po tym wszystkim jednak brat Moris czuje, że właśnie przez te wszystkie doświadczenia Bóg stworzył z nich prawdziwą wspólnotę. Tak, myślę, że tylko po wspólnym doświadczeniu pustyni można mówić o prawdziwej wspólnocie.

Modlitwa o mężnych kapłanów

February 27th, 2012 by xAndrzej

Dziś, w naszej seminaryjnej kaplicy pojawiło się ponad dwudziestu mężczyzn, żeby modlić się o mężnych kapłanów. To był dla mnie niesamowity widok. Między Najświętszym Sakramentem a grupą kleryków klęczeli ojcowie rodzin, mężowie, właściciele i pracownicy różnych firm, nauczyciele akademiccy. Pochodzą z różnych wspólnot, a połączyła ich świadomość odpowiedzialności za świętość kapłanów. Mamy tak spotykać się na modlitwie co dwa tygodnie. Wobec fali antyklerykalizmu ta duża grupa mężczyzn podjęła się wielkiej modlitwy o odwagę i świętość dla kapłanów, kleryków i o nowe powołania do kapłaństwa. Oni doskonale rozumieją, że ich wiara i wiara ich dzieci w bardzo dużym stopniu zależy od ilości i jakości powołań kapłańskich. Nie próbowaliśmy dziś nikogo oceniać, ani szukać przyczyn kryzysu powołań, bo człowiek wierzący wie, że rozwiązaniem każdego kryzysu nie jest nieustanne poszukiwanie winnych, ale gorąca modlitwa do Pana, aby wydoskonalił i ciągle powoływał nowych kapłanów.
Modlitwa mężczyzn jest szczególnym błogosławieństwem dla kapłanów. Przecież też jesteśmy mężczyznami i taka konfrontacja z braćmi, którzy żyją w świecie i dźwigają na sobie mnóstwo codziennych problemów bardzo podnosi nas na duchu.
Wiem też, że coraz więcej kleryków przychodzi do seminarium nie mając doświadczeniem obrazu ojca modlącego się i klęczącego przed Najświętszym Sakramentem. Przez modlitwę mężczyzn, chcemy duchowo uzupełnić ten brak. I właśnie dlatego poruszył mnie dziś ten obraz. Patrzyłem na moich świeckich przyjaciół oczyma kleryków, przed którymi klęczeli mężczyźni w wieku ich ojców, wujków, starszych braci - wpatrzeni w Jezusa i zatopieni w modlitwie. To niezbywalne doświadczenie dla przyszłych księży - widok modlących się mężczyzn i świadomość, że modlą się właśnie o wytrwanie i odwagę dla wszystkich kapłanów.
Profesor fizyki, nauczyciel akademicki, kilku właścicieli firm, inżynierowie, zwykli pracownicy, sędzia siatkarski, zawodowy strażak i kilku innych łączyło się dziś w modlitwie i dało nam świadectwo o tym, że wszędzie są przyjaciele kapłanów, że jest tak wielu ludzi, którym zależy na naszym męstwie i świętości.
Jestem przekonany, że i dla nich ta modlitwa będzie wielkim błogosławieństwem, bo przecież modlitwa za kapłanów jest szczególnie miła Bogu. Bóg obficie wynagradza tym, którzy modlą się za Jego kapłanów.
Sam długo dziś jeszcze trwałem na modlitwie za tych, którzy przyszli się modlić za nas. I to jest właśnie Kościół - który najważniejsze swoje sprawy rozgrywa w komunii przed Panem.

« Previous Entries