Go to content Go to navigation Go to search

Bóg też jest przeciw dewotkom

July 27th, 2010 by xAndrzej

Wcale się nie dziwię, że świat nie lubi dewocji. Dewotki wypaczają prawdę o życiu chrześcijańskim. Ks. Kudasiewicz napisał kiedyś dosadnie, że to właśnie dewocja ukrzyżowała Jezusa. Dewocja jest bowiem jakimś nieporozumieniem w życiu wewnętrznym, jest wiarą, która nie przekłada się na życie, jest przepaścią między tym, co się głosi i do czego się wzdycha, a tym jak się żyje. Pierwszym krokiem w stronę dewocji jest zamknięcie własnego życia wewnętrznego w sferze rozmyślań i emocji, tymczasem życie wewnętrzne jest integralnie związane z uczynkami miłości. Bez konkretnych czynów miłości nie może być mowy o życiu duchowym. Święta Teresa w swojej koncepcji siedmiu pokoi, już na etapie pierwszego mieszkania podkreślała, że dusza, która chce dążyć do doskonałości musi pamiętać, że życie wewnętrzne to nie ckliwe wzdychanie do Boga, to nie setki egzaltowanych gestów i wzruszeń, ale to czynne praktykowanie cnoty miłości. Dusza, według Teresy, nie postąpi ani kroku ku zjednoczeniu z Bogiem, jeśli przynajmniej raz na miesiąc nie będzie wykonywać uczynku miłości. O czymś podobny tłumaczył Jezus świętej siostrze Faustynie. Czyniąc ją sekretarką Bożego Miłosierdzia, Chrystus podkreślał, że kult miłosierdzia będzie dewocją, jeśli nie będą mu towarzyszyć uczynki miłosierdzia. Stąd w swoim duchowym życiu Faustyna zapisywała postanowienie, że ma każdego dnia zrobić przynajmniej jeden dobry uczynek. Próbuję ostatnio przyglądać się swoim dobrym uczynkom. Liczę je nie dla statystyki, ale dla wglądu w siebie, dla zobaczenia na ile moja wiara w Boga i moje mówienie o Jego Miłosierdziu przekłada się na moje życie. Takie liczenie uczynków jest dla mnie duchowym ćwiczeniem. Nagle okazuje się, że ucieka mi tyle okazji do dobra, że zaniedbuję tyle momentów, w których mógłbym zaświadczyć o Jezusie. To moje przyglądanie się dobrym uczynkom jest jak praca domowa zadana mi przez Boga na modlitwie. I okazuje się, że wcale nie muszę wychodzić na ulicę, że nie muszę jechać do szpitali dla umierających, czy przytułków dla ubogich, bo czyny miłości jakby same pukają do moich drzwi. Przecież wystarczy zwykły uśmiech, czy dobro wobec najbliższych, wystarczy gest przebaczenia czy darowania jakiejś drobnej uszczypliwości, wystarczy serdeczność i odrobina szczerej miłości. Życie wewnętrzne nie jest nigdy bierne i nigdy nie może nas zamknąć w hermetycznej kapsule naszych intymnych spotkań z Bogiem. Chrześcijanin, który pragnie żyć Bożym życiem, musi pamiętać, że Boże życie to właśnie miłość. Najważniejsza cnota, którą wlewa w nas Bóg to miłość. Ale miłość umiera, kiedy jest zamknięta w sobie, bo ona nie jest dla siebie. Miłość żyje i wzrasta, gdy jest praktykowana. Wszystkie najważniejsze cnoty mają tę cechę, że wzrastają, gdy są używane.
W takim znaczeniu sam Bóg jest przeciw dewotkom, przeciw takiej wierze, która może jest rozmodlona, może jest pełna refleksji na temat Boga i pełna teologicznych racji, ale nie ma w niej ani jednego gestu miłości, ani jednego poderwania się do służby.
Włączcie swój licznik dobrych uczynków. Tak przez kilkanaście dni, codziennie i konkretnie policzcie sobie dokładnie te wszystkie gesty miłości, a zobaczycie kawałek ważnej prawdy o swoim chrześcijańskim życiu, czy ono jest dewocją, czy też rzeczywistym udziałem w życiu Boga.

Migawki z życia:
Tęsknię trochę za normalnym życiem seminaryjnym. Gdybym miał się kierować miłością własną, to zarządziłbym już dziś powrót kleryków do seminarium. Oni są życiem tego domu. Wiem jednak, że nie są powołani do życia tutaj, ale do głoszenia Boga w świecie. Ucieszyłem się dziś, że na Przystanku Jezus jest aż 150 kleryków. Dobrze, że wśród nich jest przynajmniej jeden od nas. Rośnie nowe pokolenie odważnych apostołów Jezusa! Wczoraj trochę popracowałem przy porządkowaniu ogrodu. Biedny operator koparki nie rozpoznał we mnie rektora i opowiadał mi, jak to pewnie tutejszy rektor to musi być ważniak, skoro zarządza takim wielkim gmachem. Oj, ważniak ze mnie, szczególnie z grabiami w ręku. Dzisiaj dość długo dyskutowaliśmy z Księdzem Arcybiskupem nad formacją propedeutyczną. Mamy już gotowy program i modlimy się do Ducha Świętego, żebyśmy nie zepsuli Mu roboty, ale byli Jego narzędziami.

Intencje modlitewne:
Za kleryków naszego seminarium, o świetne i święte wakacje; o nowe powołania kapłańskie i zakonne; za ludzi, którzy robią dużo cichego dobra, bez oczekiwania na nagrodę; za chorych i cierpiących; za wszystkich wierzących w Chrystusa, żeby modlili się i czynili dobro!

Chmura miłości własnej

July 25th, 2010 by xAndrzej

No to się zachmurzyło! Mamy z jednej strony trochę oddechu po upałach, ale jak wszystko, co skrajne, pewnie i deszcz znudzi nam się szybko. Mam chyba pierwszą, prawdziwie wakacyjną niedzielę. A dzięki chmurom będę siedział w domu i z największą rozkoszą i pokojem w sercu spędzę sporo czasu na modlitwie. Chrześcijanin to ktoś, kto chyba nigdy nie może powiedzieć, że nie ma co robić. Każda wolna chwila, czy dziura w planie zajęć może stać się przecież doskonałą okazją do lektury Słowa Bożego, czy do osobistego namiotu spotkania. W seminarium mam jeszcze ten luksus, że mieszkam pod jednym dachem z Jezusem, a do najbliższej kaplicy dzieli mnie zaledwie kilkadziesiąt kroków. To niewiarygodne, jak różni się modlitwa we własnym pokoju od tej spędzonej w obecności Najświętszego Sakramentu. Stara praktyka życia duchowego kapłanów nakazywała częstą adorację i modlitwę przed tabernakulum. Doznaje człowiek wtedy pełnego i bardzo osobistego przekonania o prawdziwej obecności Jezusa w Eucharystii. Warto się więc wysilić, żeby zostawić ciepełko i wygodę własnego mieszkania i poszukać jakiegoś otwartego kościoła, żeby usiąść w ławce i posiedzieć w bliskości Boga. Będzie to niesłychane doświadczenie tego, że Bóg jest Osobą, że nie jest moją własną ideą, czy elementem czysto rozumowego poglądu na świat. Tak jak w spotkaniu z kimś drugim, trzeba czasem zostawić swój dom, żeby udać się w gościnę. Wyrazem zażyłości z kimś drugim są częste odwiedziny, wysiłek zostawienia swojego domu, żeby wejść w progi domu Przyjaciela. Myślę czasem, że Bóg jest samotny, że jego decyzja na bycie z nami pod postacią Chleba, jest również decyzją Boga na częstą samotność. W naszych kościołach i kaplicach przecież Bóg najczęściej jest sam. Ten wybór samotności Boga to również kolejna konsekwencja Jego miłości do nas. On gotów jest czekać, gotów jest skazać się na zamknięcie i samotność dla małej chwili naszych odwiedzin, dla krótkiego choć gestu naszej adoracji przez którą odpowiadamy na Jego miłości. Kiedy czasem chcę się skarżyć na moją ludzką samotność, muszę pomyśleć o samotności Boga. Najczęściej to nie Bóg mnie zostawił, ale to ja zostawiam Boga. Moje poczucie samotności wyglądałoby zupełnie inaczej, gdym nauczył się adorować i odwiedzać Boga. Samotność księdza przestałaby być dokuczliwa, gdyby zamieniała się na systematyczne i długie adoracje Boga.
Co nam przeszkadza w realizacji tej utęsknionej przecież bliskości z Bogiem? Przecież każdy z nas, wierzących, nosi w sobie jakąś ciekawość Boga, jakieś marzenie o fizycznym wręcz doświadczeniu Jego obecności. Chyba każdy chciałby doznać jakiegoś olśnienia, jakiegoś strumienia światła z nieba, które rozwiałoby mroki wątpliwości w wierze? Na porannym rozmyślaniu czytałem kolejne listy św. Katarzyny ze Sieny. Ta mistyczka pisze konkretnie, że główną przeszkodą w naszym doświadczeniu i kochaniu Boga i ludzi jest nasza miłość własna. My, mimo wszystko, bardziej kochamy siebie niż Boga, bardziej nam zależy na sobie, niż na Bogu, bardziej szukamy własnej przyjemności, niż gotowi jesteśmy zrezygnować z czegoś ze względu na Jezusa. Miłość własna jest jak te dzisiejsze, poranne, czarne chmury nad Częstochową, prze które tak trudno przebić się słońcu. Chmura miłości własnej najbardziej zasłania nam Boga! Nawet nasza chwila na modlitwę, na wysiłek do codziennej adoracji Najświętszego Sakramentu mogą być zasłonięte i niezrealizowane z powodu miłości własnej. To samo dotyczy naszych relacji z ludźmi. Tak jak miłość Boga jest zwykle zachmurzona umiłowaniem siebie, tak i nasze relacje z drugimi stają się niejasne i skomplikowane prze miłość własną. Im bardziej kochamy siebie, im więcej skupiamy się na sobie, tym częściej wnosimy w nasze wspólnoty ciemne chmury, a czasem nawet burze i spięcia. Człowiek ogarnięty miłością własną jest zawsze skazany na cierpienie, na poczucie, że nikt go nie rozumie, nie docenia, lekceważy. Jest zawsze skazany na zamknięcie we własnym świecie z całkowitą utratą wrażliwości na drugich.
Na całe szczęście świeci zawsze nad nami słońce Bożej łaski, Bóg zawsze na mnie czeka w Najświętszym Sakramencie i w moim własnym domu przez zaproszenie do modlitwy. Im częściej będę zostawiał Boga samego, tym więcej będzie w moim żyć chmur miłości własnej. Im mniej Bóg będzie sam, tym mniej i ja będę samotny.

Migawki z życia:
Minął tydzień. Najwięcej radości sprawili nam ostatnio młodzi z Fundacji Nowego Tysiąclecia. To prawdziwy, żywy pomnik Jana Pawła II. Gościliśmy w Częstochowie ponad 2000 młodych, którzy dzięki stypendiom mogli się uczyć i podejmować studia. Wierzę, że okażą się dalej wdzięczni Bogu za dobrych ludzi, że będą aktywną siłą Kościoła. Wbrew wszystkiemu to właśnie młodzi są najbardziej otwarci na wiarę i są prawdziwą nadzieją Jezusa.

Intencje modlitewne:
Za wszystkich naszych alumnów ( ostatnio mocno zmobilizowałem się do większej modlitwy za nich! Drodzy Bracia! W sobotę odprawiłem w waszej intencji Mszę Świętą, żebyście nie zgubili Boga w czasie wakacji!); o nowe powołania kapłańskie i zakonne, w tym szczególnie o powołania do naszego seminarium; za moich rodziców i całą rodzinkę; za Księży Profesorów i moich współpracowników z seminarium; za wszystkich naszych wspaniałych świeckich pracowników; za moich studentów i przyjaciół; za tych, którzy pomagają mi swoją radą w sprawach administracyjnych i technicznych; za solenizantów - Kingę, Anie, Krzyśków, Jakubów; za czytelników tego blogowego wpisu

Modlitwa o dar szaleństwa

July 23rd, 2010 by xAndrzej

Nie proszę Cię, Panie o święty spokój, ale o ogień co pali w sercu,
Nie proszę Cię o modlitwę, która usypia monotonią tych samych dźwięków,
Ale o taką, co wszystko burzy i ustawia na nowo.
Nie wołam do Ciebie o to, by wszystko zawsze dobrze się układało,
Wręcz przeciwnie, proszę byś rozwalał i kruszył to, co we mnie skamieniało.
Nawet Cię nie proszę o wieczny odpoczynek,
Daj mi jedynie udział w twoim wiecznym miłowaniu.
Spośród wielu charyzmatów, jeśli wolno mi prosić,
Daj mi Boże najwięcej szaleństwa, żebym nie miał chwili wytchnienia,
Żebym nie zamienił życia dla Ciebie, szukając go dla świata,
Żebym się nie przyzwyczaił do tego, że Jesteś
I żebym nie pragnął urlopu od spotkania z Tobą.
Daj mi, Boże, iść na przepadłe, żebym przepadł jak kamień w wodzie
Daj mi taką dawkę twej łaski, żebym nie musiał płynąć z prądem diabelskiej rzeki.
Modlę się do Ciebie o szaleństwo, które nie dyskutuje z grzechem,
O szaleństwo, które nie rozwala i nie skłóca, nie buduje na sobie i nie szuka siebie.
Modlę się o szaleństwo, które nie jest z tego świata,
Nie prześciga się w decybelach i nie musi wywoływać skandalu,
O takie szaleństwo się modlę, które nie przestaje wierzyć w miłość,
Które żywi nadzieję, nawet na progu piekła,
Które wierzy mimo ciemnych nocy,
Które nie musi nic posiadać, żeby czuć, że coś znaczy.
Podziel się ze mną, Szalony Boże, choćby odrobiną miłości do ludzi
Tyle mi wystarczy, żeby innych obdarować Tobą.
Odchudź moje serce porośnięte w sadło, zaklęte w wielkim pragnieniu przyjemności,
Otwórz kraty i uwolnij więźniów mojego myślenia,
Żebym myślał dobrze, nawet o tych, co myślą źle o Tobie.
Sam widzisz, Panie, że bez twojego szaleństwa ustanę w drodze,
Stanę się nijaki, niepotrzebny, bezbarwny, obojętny, wystraszony.
Napompuj mnie jak piłkę, tchnieniem Twego Ducha,
Żebym mógł stać się radością innych nie zważając na siebie.
I nie pozwól bym zatrzymał to tchnienie dla siebie,
Bo pęknę od pychy.
Wszystko, co mi dasz Panie, pozwól mi roztrwonić,
Każdy Twój dar daj mi rozdać na nowo,
Każde Twoje Słowo pozwól mi rozgadać innym,
Każde Twoje natchnienie zamień w rzeczywistość.
Wiem, że możesz dać mi wiele, więcej niż umiem pomyśleć,
Ale proszę Cię, Szalony Boże,
Nie pozwól mi się znudzić przy Tobie. Amen.

Zacząć od fundamentów

July 18th, 2010 by xAndrzej

Kilka dni temu obchodziliśmy jubileusz 75.lecia kapłaństwa jednego z naszych kapłanów. Wspominano wszystkie jego dokonania, skrupulatnie wymieniano wikariaty na których pracował, parafie, gdzie był proboszczem, zachwycano się, że już na emeryturze zrobił doktorat. Na koniec tego wszystkiego dostojny jubilat nas trochę zawstydził. “Tak naprawdę to dopiero teraz mam najpiękniejszy czas, bo dopiero teraz mogę robić to co najważniejsze, czyli modlić się dokąd tylko Pan Bóg da zdrowy umysł” - stwierdził z pokorą. Te słowa stały się dla mnie ilustracją do dzisiejszej Ewangelii. Nawet w naszym kapłańskim życiu aktywność może wyrzuć na bruk nasze bycie przy Bogu. Marta dała się wprowadzić w ślepą uliczkę swojej aktywności. Z pewnością nie miała złych zamiarów i tak rozumiała swoją służbę dla Jezusa, ale szybko odkryła błąd swojej życiowej taktyki. Wyłączna aktywność przyniosła jej niepokój, złość, zazdrość wobec siostry. Skąd my to znamy? Czasem napracujemy się solidnie dla jakiejś ważnej rzeczy, a po niej nie umiemy się cieszyć, jesteśmy poddenerwowani i wszyscy inni wydają nam się leniwi i żerujący na naszej aktywności. To wcale nie znaczy, że nie mamy się spalać w pracy dla Królestwa Bożego, ale praca ta musi zawsze zaczynać się od spotkania z Jezusem, żeby była pracą z Jezusem, a nie tylko dla Niego. Odczułem dziś mocno jakąś wielką potrzebę mówienia ludziom o takich właśnie fundamentach chrześcijańskiego życia, bo przecież modlitwa, kontemplacja, bycie z Bogiem są sednem naszej wiary. Dopiero one owocują moralnym życiem i właściwym zaangażowaniem w sprawy świata. Czuję się czasem trochę jak ktoś, kto chce urządzać mieszkanie, a nie zbudował jeszcze fundamentów. Próbuję ludzi przekonać do czystości przedmałżeńskiej, do szacunku dla życia, do uprawiania uczciwej polityki, podczas gdy w nich nie ma jeszcze doświadczenia żywego Boga, nie ma uznania Go za Pana i Zbawiciela. W takim wypadku trudno im zrozumieć w imię czego lub kogo mają zmienić swoje poglądy? Dopiero kontemplacja Boga, długie godziny modlitwy i słuchania Słowa Bożego, przygotowują człowieka do budowania chrześcijańskiego świata.
Skończyłem dziś swoje rozmyślania prowadzone w oparciu o referat Księdza Profesora Różyckiego o poprawności teologicznej objawień Siostry Faustyny. Przedziwne, że ten mądry teolog ponad 25 lat uznawał Dzienniczek za coś bez żadnej religijnej wartości, a samą siostrę Faustynę uważał za “ofiarę halucynacji na podłożu histerii”. Dopiero głęboka analiza objawień zupełnie zmieniła jego myślenie. Poczuł nawet nieunikniony obowiązek przyłączenia się do głoszenia Miłosierdzia Bożego. W końcu tego tekstu Ksiądz Profesor analizuje obietnicę Jezusa wobec kapłanów, którzy swoje kazania będą w całości głosić o Miłosierdziu Bożym. Głoszenie tej fundamentalnej prawdy ma zapewnić nadzwyczajną skuteczność nawracania grzeszników i przemiany świata.

Migawki z życia
Wczoraj serce mi pękało z radości. Marysia i Kuba wzięli ślub i rozpoczęli wspólną drogę życia. Codziennie na nich spoglądam dzięki zdjęciom wiszącym nad moim biurkiem. Na jednym z nich Kuba pochyla się nad mapą i pokazuje palcem trasę naszego spływu kajakowego. Mówiłem im wczoraj w kazaniu, żeby pilnowali tej Bożej mapy dla swojego małżeńskiego życia. Dzisiaj byłem wreszcie normalnym księdzem. Odprawiałem trzy niedzielne Msze święte w kościele św. Rocha, spowiadałem, głosiłem kazania, rozmawiałem z ludźmi. A po południu zawiozłem choremu Piotrkowi Pana Jezusa. Wciąż bardzo tęsknię za takim zwyczajnym duszpasterzowaniem i kapłańskimi kontaktami z ludźmi. W seminarium odrobina ciszy przed kolejnym burzliwym tygodniem. Obiecuję sobie znowu, że nie będę marudził i zrobię wszystko, żeby służyć i pracować z uśmiechem. To cudowne odkrywać Boga w codzienności, w rzeczach i w sprawach, w których nawet się człowiek nie spodziewa, że może być aż tak dużo Bożej obecności.

Intencje modlitewne
Dziś dużo modliłem się za moich rodziców i rodzinę. Skoro niedziela ma być dniem rodzinnym, a ja jestem daleko od domu, zachowuję więc tę łączność przynajmniej w sferze ducha. Szturmuję ciągle niebo w intencji powołań do naszego seminarium. (Ludzie, pomóżcie mi w tej modlitwie, bo Bóg chce hojnie nas obdarzyć powołaniami, tylko potrzebuje naszej intensywnej modlitwy!); Za naszych diakonów i alumnów; za księży neoprezbiterów o gorliwy i dobry strat w kapłańską rzeczywistość; za wszystkich młodych małżonków - Karolinę i Marcina, Monikę i Tomka, Agnieszkę i Karola, Marysię i Kubę; no i za tych, którzy już za kilka tygodni wezmą ślub - Monikę i Łukasza, Kingę i Piotrka. ( To są takie moje duszpasterskie duchowe dzieci!); za chorych i cierpiących; za księży współpracowników z seminarium; za czytelników tego blogowego wpisu.

Szkaplerz to nie medal za zasługi

July 16th, 2010 by xAndrzej

Cudowne objawienia mają wiele wspólnych cech. Najczęściej dokonują się wobec ludzi będących w skrajnym ubóstwie. Młoda Bernadeta z Lourdes tak naprawdę nie poszła do lasu na modlitwę, ale po drzewo, bo w domu było już ta zimno i głodno z biedy, że musiała jakoś temu zaradzić. Myślę, sobie, że u wrót groty trochę się biła z sobą i narzekała na swój los. I w momencie największej bezradności i ubóstwa zobaczyła piękną Panią. Św. Szymon Stock, 16 lipca 1251 roku też nie był w komfortowej sytuacji. Część współbraci zostało zamordowanych przez Saracenów na Górze Karmel, reszta skazana na tułaczkę. Do tego pobożna Europa powiedziała zakonnikom, że ich nie potrzebuje, że ze swoim kontemplacyjnym i pustelniczym życiem bardziej przypominają pasożytów niż rycerzy Chrystusa. I wtedy Św. Szymon błagał: “Maryjo, daj mi jakiś znak, na dowód tego, że jesteś z nami, że to, co nas spotyka jest po coś”. Przeżył wtedy swoje największe mistyczne doświadczenie. Ujrzał Maryję z Dzieciątkiem i otrzymał od Niej szkaplerz - znak zbawienia, ratunku od niebezpieczeństw, zapowiedź pokoju i wiecznego życia. Od Boga nie dostaje się medali za zasługi, ale znaki i natchnienia, które wzmacniają plecy i dają siłę do walki o świętość. Już wiele lat noszę szkaplerz i w pierwszym rzędzie nie jest on źródłem moje dumy, ale znakiem mojej całkowitej zależności od Boga. Jest mnóstwo sytuacji, w których czuję się bezradny i słaby, a przypomnienie o tym, że noszę na sobie wizerunek Jezusa i Maryi dodaje mi sił i nadziei. On mi przypomina moją słabość i moc Chrystusa w obliczu której słabość nie wydaje się straszna i niepokonalna. Świętowałem dziś ten pokorny znak szkaplerza w Karmelu częstochowskim. Odprawiałem Mszę, mówiłem kazanie i przypatrywałem się siostrom zgromadzonym w chórze, za kratami. Szkaplerz to nie medal zasługi, ale znak całkowitego przyobleczenia się w Boga. Karmelitanki to przyobleczenie rozumieją pewnie bardzo radykalnie - to już nie tylko kawałek stroju, ale całe życie ukryte w Chrystusie.
Jeśli ktoś chce doświadczyć najgłębszej prawdy o Kościele powinien często zaglądać do klasztorów klauzurowych, gdzie wszystko podporządkowane jest Bogu i całkowicie od Niego zależne, gdzie nie ma zbyt wielu kompromisów i hipokryzji, a każdy dzień staje się życiem całkowicie zanurzonym w Bogu. Św. Teresa właśnie w takim miejscu odkrywała swoje największe powołanie i najważniejsze miejsce w Kościele - być miłością w sercu Kościoła. Pewnie to właśnie Karmel był dla niej sercem, które pompuje całą siłę i żywotność dla wspólnoty kościelnej.

Migawki z życia:
Trawa w naszym ogrodzie już prawie całkowicie wyschła. Upały sprawiają, że trudno się modli, trudno się pracuje, a jeszcze trudniej pisze się teksty. Z samego rana oddałem się obowiązkom administracyjnym. Bóg jeden wie, że robię to tylko z miłości do Niego! Dobrze, że choć udało się pobiec z posługą spowiedzi. Wieczorkiem miałem święto w Karmelu i arcyciekawe rozmowy w gronie kapłanów. Pali mnie w sercu miłość do Kościoła i poczucie jak wciąż mało pracuję w nim dla Jezusa. Gdybym potrafił pracować dla Boga tyle ile pracują ludzie świeccy w swoich miejscach pracy, pewnie Kościół wyglądałby inaczej. Spotkałem dziś panią, która nie była na urlopie 14 lat i z wielką radością opowiadała mi o satysfakcji, jaką daje jej praca. Chciałbym tak kochać swoją kapłańska pracę, żeby się nią nigdy nie zmęczyć, nawet wtedy, gdyby zabrakło okazji do urlopu.

Intencje modlitewne:
O nowe powołania kapłańskie i zakonne ( muszę się zmobilizować do mocniejszej modlitwy o powołania do naszego Seminarium!!!); za naszych kleryków, żeby dobrze wypoczęli, ale nie zrobili sobie wakacji od Pana Boga; za moich współbraci kapłanów; za Księdza Rektora Mariana w dniu jego imienin; za kapłanów chorych, starszych i przeżywających kryzysy; o kapłańską gorliwość i bezinteresowność; za ludzi chorych i cierpiących; za Marysię i Kubę przed ich ślubem; za młodzież; za Polskę o pojednanie i mądrość; za czytelników tego blogu.

Modlitwa i prostota

July 14th, 2010 by xAndrzej

Dzień bez medytacji to dla mnie dzień stracony. Dziwią mnie pytania niektórych, skąd biorę tematy czy treści do wpisów na blogu, do kazań i do rekolekcji. Pewnie każdy ksiądz wie o tym doskonale, że bez codziennego rozmyślania po prostu się usycha. Żeby świadczyć, trzeba doświadczyć, żeby głosić Boga, trzeba Go najpierw nieustannie słuchać. “Słuchaj Izraelu Pana” - to jakby instrukcja dla każdego, kto pragnie żyć w komunii z Bogiem. Nasze puste gadanie zaczyna się od braku codziennego rozmyślania. Wtedy automatycznie sięga się po cudze teksty, cudze myśli, szpera się po internecie, żeby wydrukować jakieś mądre kazanie, ale nie da się nie zauważyć, że te słowa nie pochodzą z serca mówiącego, z jego osobistego spotkania z Bogiem. Bardzo trudno nam do tego przekonać nawet niektórych kapłanów, a przecież jest to istota naszego osobistego uświęcania się i naszej posługi wobec ludzi. Podziwiam ludzi świeckich, którzy mimo wielkiego zabiegania i pracy walczą o swój namiot spotkania z Bogiem, o taką konfrontację aktualnego życia ze światłem Bożego Słowa.
W dzisiejszej Ewangelii, Jezus, po trudnym doświadczeniu braku reakcji na Jego nauczanie i cuda, najwyraźniej odchodzi na bok, żeby to wszystko zobaczyć z perspektywy Ojca, który jest w niebie. Uwielbia Ojca za to, że zakrył te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawił je prostaczkom. Ewangeliczna prostota to codziennie pochylanie się nad Pismem Świętym, słuchanie Boga i otwieranie swojego serca na Boże poruszenia. Chrześcijanin, który nie medytuje Słowa Bożego traci prostotę serca i staje się mądralą, który nie głosi już Jezusa, ale siebie i swoje mądrości o Nim. O jakże inaczej wyglądałoby nasze kapłańskie życie, nasze głoszenie kazań i prowadzenie katechezy, gdybyśmy umieli powalczyć każdego dnia o 30 minut rozmyślania, takiego sam na sam z realnym Słowem Boga. Ponoć pierwsze z czego rezygnujemy po wyjściu z seminarium to rozmyślanie. Zostawiamy sobie jeszcze różaniec, bo można go zmówić praktycznie wszędzie i w każdych okolicznościach Zostawiamy odmawianie brewiarza, bo czujemy na sobie ciężar przyrzeczenia do modlitwy z Kościołem i za Kościół. A jednak nic nie zastąpi codziennej medytacji, takiego osobistego namiotu spotkania z Panem.
Prostota to zupełnie coś innego niż prostactwo. Prostota to dyspozycja serca do całkowitego i ufnego zasłuchania się w Bogu. Prostactwo to prawie zupełny zanik obecności Bożego Słowa i oparcie się na sobie samym. Owocem prostoty serca jest łaska Boża i pragnienie ewangelicznego życia. Prostactwo natomiast owocuje pychą, szukaniem siebie i nieustannym krytykowaniem innych. Bez częstego rozmyślania każdy z nas może szybko stać się prostakiem i nie mieć nic wspólnego z ewangeliczną prostotą serca.

Migawki z życia:
Upały wciąż dają o sobie znać. Mimo to jakoś pracujemy w seminarium i pchamy wiele spraw do przodu. Mamy już przyjętych dziesięciu nowych alumnów i wciąż modlimy się o następnych. Za nami wielkie spotkanie pielgrzymki Radia Maryja, podczas której mieliśmy cały dom gości. Podziwialiśmy te wielkie zastępy świeckich ludzi całkowicie zaangażowanych w ewangelizację. Nic nie zrobimy bez świeckich! Za chwilę idziemy na spotkanie przy ognisku z grupą pielgrzymów z Mołdawi. Chcemy trochę posłuchać o ich Kościele i ich doświadczeniu wiary. Mimo braku urlopu mamy więc całkiem sporo atrakcji.

Intencje modlitewne:
Za naszych alumnów, żeby w wakacyjnym czasie nie zgubili praktyki codziennego rozmyślania; za młodych kapłanów, żeby w pierwszych doświadczeniach kapłańskiego życia umieli powalczyć o osobistą modlitwę; o nowe powołania kapłańskie i zakonne; za naszych nowych alumnów, aby wzrastali w radości i pewności dokonanego wyboru; za chorych i cierpiących; za dzisiejszych solenizantów: Ks. Kamila z Radomska; Ks. Kamila z Kłomnic i dk. Kamila z Krzepic; za naszych alumnów, którym patronuje św. Kamil; za nasz Kościół Częstochowski, żebyśmy słuchali uważnie co mówi Duch do naszego Kościoła; za Kubę i Marysię na dwa dni przed ich ślubem; za moich studentów z DA; za Ks. Marka ich duszpasterza; za chrześcijan żyjących w krajach, gdzie wyznawanie wiary w Chrystusa wymaga wielkiej odwagi; za moją niezwykła “blogową” parafię

Chore i zdrowe drzewa

July 12th, 2010 by xAndrzej

Znów się naczytałem różnych wieści w internecie. Już od wielu lat nie mam telewizora, zostaje mi więc internet, żeby czegoś dowiadywać się o świecie. Zadziwia mnie jednak ten wyjątkowo jednorodny świat interpretacji rzeczywistości. Czasem mam wrażenie, że to czysta propaganda zła. Jeden ze współczesnych twórców satanizmu mówił wyraźnie, że trzeba ludziom pokazywać dużo zła, żeby uwierzyli, że jego jest więcej, że ono jest silniejsze i zwycięża. A przecież tak nie jest. Zło ma jedynie lepszą propagandę. Chore drzewa w lesie robią dużo hałasu, skrzypią, szeleszczą, łamią swe gałęzie z wielkim hukiem. A przecież to nie chore drzewa stanowią największą wartość lasu. Zdrowe drzewa rosną cicho. Ich zielone liście nie są jeszcze suche i nie wydają szeleszczących dźwięków znamionujących opadanie. Zdrowe gałęzie drzew cichutko wznoszą się ku niebu tworząc nowe pędy i wydając nowe liście. Zdecydowanie bardziej głośne są chore drzewa. One z definicji potrzebują krzyku jak zapowiedzi swojego upadku. Oczywiście to wcale nie zaprzecza istnieniu chorych drzew w lesie, ale one nie są największym jego skarbem i nie decydują o kondycji lasu. Dobry leśnik musi dbać o zdrowy las. A taki naprawdę istnieje w naszej rzeczywistości. Spotykam wokół siebie mnóstwo wspaniałych ludzi, zaangażowanych, radykalnie oddanych Bogu, którzy działają cicho, bez rozgłosu i pewnie żaden dziennikarz nie zrobi z nimi jakiegoś dokumentu. Również w moim kapłańskim świecie widzę zdecydowaną większość wspaniałych ludzi, którzy codziennie swoje życie oddają kapłańskiej służbie. Pamiętam czasy pracy w sekretariacie biskupa, gdzie zwykle dotykało się trudnych kapłańskich spraw. Może po tygodniu zaczęła mnie nękać myśl, że chyba wszyscy jesteśmy zepsuci. Ale usiadłem w kaplicy żaląc się Panu Bogu, że toleruje takie zepsucie kapłanów. I nagle zobaczyłem, że w mojej diecezji jest głośno o upadku może czterech moich współbraci, a ponad sześciuset pracuje, jeśli nie gorliwie to przynajmniej uczciwie i zwyczajnie. W zdrowym lesie wystarczą cztery chore drzewa, żeby się wydawało, że choruje cały las. Znam naprawdę niewielu pogubionych księży. Oczywiście, że i tacy są! Ale znam i to “od kuchni” wielu wspaniałych ludzi, którzy mi imponują kapłańskim oddaniem i świętością. I wcale nie myślę, o tych już nieżyjących i wyniesionych na ołtarze, ale o tych mi współczesnych, którzy mimo antyklerykalnej propagandy zła budują zdrowy Kościół Jezusa Chrystusa. Pisałbym pewnie długą listę tych moich współbraci, ale o kilku wspomnę, bo pewnie nikt o nich nie napiszę w czołowych, świeckich gazetach.
Znam kapłana z 75 letnim kapłańskim stażem, który kocha samotność i cały jest jednym uśmiechem kiedy się modli. Wzruszył mnie ostatnio, gdy powiedział, że sobie nie wykupi drogich leków, bo musi pomóc jakiejś biednej rodzinie. Podziwiam już od lat mojego współbrata, który cichutko i gorliwie pełni służbę w szpitalu. Odpowiadali mi ludzie, że dla nich był ważniejszy niż lekarz, kiedy leżeli w szpitalu. Znam też księży aktywistów, którzy cały swój czas poświęcają organizowaniu pomocy dla ubogich i zanim w miejscu katastrofy pojawią się VIP-y, oni już mają konkretną propozycję pomocy. Imponuje mi mój znajomy współbrat, który jak proboszcz z Ars całymi godzinami siedzi w konfesjonale i jest na każde zawołanie. Znam młodego prałata, który całe wakacje jeździ z dzieciakami na kolonie. Jakoś nikt o nim nie pisze, a dzięki niemu ponad tysiąc biednych dzieciaków ma wakacje i kawałek domu. Mój kolega proboszcz, uruchomił w dużym mieście stołówkę dla ubogich, a w małej , starej kaplicy urządził całodzienną adorację Najświętszego Sakramentu i sam spędza tam kilka godzin dziennie.
Nawet wśród naszych kleryków jest mnóstwo takich dobrych, zdrowych drzew. Wczoraj rozmawiałem przy furcie z człowiekiem, który wyszedł z więzienia. Dziękował mi za dwóch kleryków, którzy pokonali więzienną biurokrację i złożyli mu parę wizyt za kratkami. Dziękował, bo ich odwiedziny były dla niego dowodem na istnienie Boga i dobrych ludzi. Całe sztafety naszych diakonów odwiedzaj chorych i niosą im Pana Jezusa. Pewnie, że mogliby więcej, ale nie można powiedzieć, że nikt tego nie robi. Wzruszyło mnie kiedyś proste i ciche wyznanie naszego kleryka, że musi się dobrze uczyć, żeby mieć pieniądze ze stypendium naukowego na pomoc dla dzieciaków ze świetlicy.
I mógłbym naprawdę pisać jeszcze długo o takich moich braciach w kapłaństwie, którzy cicho służą Bogu i ludziom i pewnie żadne media tego nie będą widziały, bo tam nie ma huku i krzyku, jest za to dużo dobra i zdrowia.
Jak przeczytasz ten kawałek mojego blogu to powiedz swoim znajomym, że nie wszyscy kapłani są źli, nieczyści, niemoralni. Mam jakoś zupełnie inne doświadczenie. Może mało wiem i mało widziałem, ale jakoś mam nieodparte wrażenie, że w naszym kapłańskim lesie są oczywiście chore drzewa, które robią dużo hałasu, ale jest o wiele większy i piękniejszy, zdrowy kapłański las. Bogu dziękuję za tych cudownych świadków Chrystusa.

Wiara demonów

July 9th, 2010 by xAndrzej

Często mnie to stawia na nogi i weryfikuje moje myślenie o wierze, kiedy uświadamiam sobie, że diabeł też jest wierzący. On też wierzy w bóstwo i moc Jezusa. Ostatnio modna jest książka francuskiego pisarza Fabrice Hadjadja o tym, że wiara demonów pokonała we współczesnym świecie ateizm. O wiele gorszą rzeczywistością od ateizmu jest taka dewiacyjna forma wiary, którą uprawiają demony. W Ewangelii często złe duchy na widok Jezusa wyznają wiarę, uznają w Nim Syna Bożego, a nawet odnoszą się do Niego wyznaniem: Święty Boga. Wiara demonów kończy się jednak na tym. Bo dalej jest już ich nieposłuszeństwo woli Bożej, życie według własnego zdania i własnych upodobań. To dość częste w dzisiejszym świecie, że przyznajemy się do Boga, ale żyjemy po swojemu, że nie wyrzucamy Go tak definitywnie z naszego życia, ale wolimy, żeby się nie wtrącał w jego szczegóły. Niby wierzymy, że On jest Panem życia, ale chcemy to życie rozegrać po swojemu. Cechą wiary demonów jest nieposłuszeństwo Bogu. I dlatego pewnie tak bardzo świat walczy dziś z wszelkimi objawami posłuszeństwa. Z Kościołem, którego racją i sposobem funkcjonowania jest posłuszeństwo. Z Ojcem Świętym, którego nauczanie jest oparte na zasadzie nieomylności, a każdy rzymski katolik zobowiązuje się do słuchania słów Papieża. Z posłuszeństwem wobec prawa moralnego, z posłuszeństwem dzieci wobec rodziców, podwładnych wobec przełożonych. Już widzę, jak w wielu z nas budzą się teraz wątpliwości wobec tej propozycji posłuszeństwa. Jesteśmy przesiąknięci cywilizacją samostanowienia i myślenia o sobie, patrzenia na świat przez pryzmat siebie i wykłócania się o swoje racje.
Demony chętnie manifestują wiarę, deklarują ją i korzystają z niej, żeby potem z niej zakpić przez wybór niezgodny z nauczaniem Boga. Pamiętam wyznanie młodego chłopaka uwolnionego z opętania. Kiedy był mocno zniewolony przez demony z upodobaniem chodził do kościoła, przyjmował Komunię Świętą bez stanu łaski uświęcającej, żeby w ten sposób wyznać Bogu: “wiem, że jesteś w tej małej hostii - żywy i prawdziwy - i przyjmuję Ciebie, żeby Ci pokazać, że teraz to TY zależysz ode mnie, że mogę sobie zrobić z Tobą co zechcę”.
Nic tak przecież nie cieszy diabła jak ktoś kto mówi, że wierzy, a żyje kompletnie na bakier z wyznawaną wiarą. Najbardziej się boję wiary demonów w życiu nas, kapłanów. Taka wiara u księży jest szczególnym źródłem radości demonów, bo rozwala nie tylko samego kapłana, ale rujnuje duchowe życie wielu wiernych i całego Kościoła. Kapłańskie nieposłuszeństwo, szukanie siebie, budowanie własnego modelu Kościoła czy kapłaństwa, życie kompletnie nieewangeliczne to tylko niektóre znamiona demonicznej wiary. “Stajemy się niewolnikami diabła, kiedy wierzymy, że my sami decydujemy o wszystkim”, kiedy chcemy budować Kościół o własnych siłach, bez modlitwy i wsłuchiwania się co mówi Bóg do Kościoła, kiedy nam się wydaje, że źródłem duszpasterskich sukcesów będą nasze pomysły, a nie łaska Boga.
Prawdziwie Boża wiara zaczyna się od pokory i posłuszeństwa wobec Boga, od rezygnacji z pychy i nienawiści, od zaufania i oddania Bogu całego swojego serca, od ubóstwa i prostoty. Pali mnie w sercu, kiedy głoszę ludziom tyle ewangelicznych prawd, tyle Bożych pouczeń, a sam nie kiwnę nawet palcem, żeby tym żyć. Serce mi drży ze smutku, kiedy pomyślę, jak często przekonuję ludzi do prawd zapisanych w Ewangelii, a sam poddaje się bezwiednie modom świata i wtapiam się chętnie w tłum, planuję swój dobrobyt i myślę intensywnie, gdzie czekają mnie większe przyjemności. Jedyne, co mnie w tym pociesza, to to, że jeszcze jest mi smutno, że jeszcze coś mnie pali w sercu, bo jak zacznę się śmiać z mojego grzechu, bo jak zacznę czuć się dobrze w świecie niby dla Boga, ale bez Boga to będę już na samym szczycie wiary demonów.
Nic sam nie mogę zrobić z wiarą demonów we mnie, ale może pokonać ją sam Bóg. W książce Hadjadja szukałem jakiejś recepty na wiarę demonów. Podsuwa on pomysł, żeby bez żadnego “ale”, z sercem pełnym zaufania Bogu, wypowiedzieć na modlitwie słowa Credo.
Wierzę w Boga, Ojca wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi, i w Jezusa Chrystusa, Syna Jego Jedynego ………….

Migawki z życia:

Na dworze upały, a w seminarium mamy jak w najlepiej klimatyzowanym pomieszczeniu. Znów nie pisałem dwa dni, bo mam za sobą przemiłe wieczory spędzone z przyjaciółmi. Najpierw spotkanie z dawnymi studentami. Posiedzieliśmy trochę i nawet wiele nie wspominaliśmy, ale myślę, że coś nas mocno łączyło. Bóg spełnia obietnicę daną swoim kapłanom, że jak zrezygnują z zakładania własnych rodzin, to Bóg da im doświadczenie wielkiej rodziny rodzin. Wczoraj mieliśmy wspólny wieczór z klerykami. Takie małe przełamanie tygodnia pracy wspólnym spotkaniem. A tak, cały dzień zajęć, ale Bogu to wszystko oddaję, bo przecież ON jest Panem i Zbawicielem.

Intencje modlitewne;
O nowe powołania kapłańskie i zakonne, szczególnie do naszego seminarium; za wszystkich naszych kleryków, żeby ich nie dopadł wirus wiary demonów; za chorych i cierpiących; za naszych świeckich pracowników, którzy mają swój ogromny udział w formacji do kapłaństwa; za moich studentów z DA i za ich rodziny; za Kościół Częstochowski - jego pasterzy i kapłanów i cały wierny lud; za ludzi świeckich o ich wiarę w Kościół.

Potęga ufności

July 4th, 2010 by xAndrzej

Jedyne czego potrzeba, aby stać się czcicielem miłosierdzia to ufność. Jedyne czego potrzebujemy, aby Bóg mógł w nas działać to całkowite zaufanie w Jego moc, w Jego obecność, w Jego kierowanie nami i światem. Nie bez powodu dostaliśmy na nasze czasy przesłanie Miłosierdzia Bożego, bo ono uczy nas zaufania. Jezus często mówił o tym siostrze Faustynie. “Kto ufa Miłosierdziu Mojemu, nie zginie, bo wszystkie jego sprawy moimi są …” “Dusza, która zaufała Mojemu Miłosierdziu, jest najszczęśliwsza, bo Ja sam mam o nią staranie”. Nie chodzi oczywiście o same uczucia i wyznania. Ufność przejawia się najpierw w sile mojej wiary w Boże działanie, w potęgę modlitwy, w zwycięstwo miłości, dobra i prawdy, w zwycięstwo świadectwa. Jakie to wszystko ważne w moim kapłaństwie. Żebym zaufał, że kiedy się modlę Bóg działa cuda i sam wykonuje rzeczy niemożliwe dla mnie. Żebym uwierzył, że moje trwanie przed Najświętszym Sakramentem jest gwarantem większego sukcesu niż najbardziej huczny koncert czy festyn parafialny. Żebym się nie zniechęcił i dalej kochał i służył, nawet wtedy gdy za to dadzą mi krzyż. Żebym miał nadzieję, kiedy dobro przegrywa w świecie, a ludzie gonią za grzechem, że miłość większa jest niż grzech. Może dzisiaj, bardziej niż kiedykolwiek, ja ksiądz, potrzebuję ufności, bo przecież “żadna dusza, która wzywała Bożego Miłosierdzia nie zawiodła się, ani nie doznała zawstydzenia”. Za dużo mamy ufności w sprawy i środki tego świata, a za mało w prostotę i ubóstwo Ewangelii. Jezus tak dużo mówił Faustynie o potędze ufności Bogu. Pewnie sam doświadczał tej ogromnej siły zaufania Ojcu do końca, nawet wtedy gdy, czuł się samotny i opuszczony na krzyżu. Ufność sprawia, że wszystko zmartwychwstaje, że nawet gdy się umiera, nie traci się nadziei. Zapisałem się na nowo do tej szkoły zaufania i w czasie adoracji, jak z automatycznej sekretarki, wypowiadałem słowa: Jezu, ufam Tobie! I rzeczywiście nagle wiele trudnych spraw stało się lekkimi, nagle wiele gorzkich odczuć nabrało słodkiego smaku. Masa obowiązków i nowych wyzwań wydała mi się nagle zupełnie do udźwignięcia. Odpowiedzialność za formowanie przyszłych księży przestała być tylko moją odpowiedzialnością, bo poczułem, że o wiele więcej troszczy się o nią Jezus. Mój niepokój o los Kościoła, stał się śmieszny i wyimaginowany, bo przecież sam Jezus mi obiecał, że nawet “bramy piekielne go nie przemogą”. Choć Komunia Święta, którą zaniosłem dziś do chorego nie postawiła go na nogi, ale wywołała w nim taki serdeczny uśmiech, który przełamał cały pesymizm i narzekanie świata. Zagłosowałem też na nowego prezydenta i miałem w sobie taką pewność, że Bóg nie ma względu na osoby i nie przestanie kochać i opiekować się moją Ojczyzną. Wielka jest potęga ufności w Boże Miłosierdzie. Jak cię gniecie gdzieś demon podejrzliwości, negacji i załamania to nie czekaj długo, ale zmów Koronkę, w której wyznasz Jezusowi bezgraniczne zaufanie. Ja, ksiądz, to dzisiaj zrobiłem i zupełnie inaczej spojrzałem na świat.

Migawki z życia:
Miałem dziś piękną niedzielę. Trochę dłużej pospałem, o wiele więcej się pomodliłem. Odwiedzili mnie przyjaciele z Chicago i czułem się jak w rodzinie. Byłem też u Piotrka z Komunią Świętą. To chyba jedyny plus nieobecności kleryków, bo nie mam się już kim wyręczyć i sam mogę go odwiedzać. Pod koniec dnia Bóg sprawił mi niespodziankę wizytą Księdza Jacka z Gdyni, tego od strony o kapłaństwie i od szkoły nowej ewangelizacji. No i tak ogólnie, życie jest piękne, kiedy ma się komu zaufać!

Intencje modlitewne:
O nowe powołania kapłańskie, żeby Bóg dodał odwagi tym, którzy czują, ale się boją pójść za Jezusem; za wszystkich naszych kleryków, żeby zaufali potędze modlitwy i świadectwa codziennego życia; za chorych i cierpiących, za Piotrka i Mateusza; za moich wspaniałych przyjaciół z DA; za wszystkich, którzy pomagali mi budować kościół dla studentów, za pracowników naszego seminarium; za Jurka i Zosię z Chicago, za ich synów i całą rodzinę; za moich rodziców i moją rodzinkę; za Ks. Jacka i wspaniałych ludzi od strony o kapłaństwie.

Kwiat i owoc

July 3rd, 2010 by xAndrzej

Na czytanie duchowne odgrzebałem małą książeczkę Księdza Profesora Różyckiego na temat nauki o Bożym Miłosierdziu w świetle objawień siostry Faustyny. Ponoć Ks. Różycki na prośbę Biskupa Wojtyły, żeby skomentował od strony dogmatycznej Dzienniczek miał powiedzieć: “To jakieś dyrdymały pobożnej zakonnicy”. Ale gdy przeczytał zmienił zdanie. Ten krakowski dogmatyk analizuje pięknie olbrzymie światło, jakie na tajemnicę Miłosierdzia Bożego rzuca mistyczne doświadczenie siostry Faustyny. Zatrzymałem się dziś nad subtelną różnicą między miłością a miłosierdziem. Tak jak kwiat przekwita i przemienia się w owoc, tak miłość ma dojrzewać i stawać się miłosierdziem. Bo miłość to kwiat, a miłosierdzie to owoc miłości. Owocna miłość przekłada się bowiem na konkretne czyny miłosierdzia wobec bliźnich. Ludzie miłosierdzia to ci, którzy służą ubogim i cierpiącym, oddają swój czas potrzebującym i słabym. Bacznie się przyglądałem owocowaniu miłości w moim kapłańskim życiu i trochę się przestraszyłem, bo mocno mi ubywa tych owoców miłości. Poszukiwałem ludzi, którym usłużyłem i pomogłem w jakiś bardzo konkretny sposób. Znalazłem ich kilku, ale trudno byłoby mi się pochwalić, że daję z siebie wystarczająco dużo. Na drzewach owocowych jest zwykle dużo więcej kwiatów niż owoców. Na początku kwitną tak samo pięknie, ale w którymś momencie z niektórych zostają tylko uschłe płatki. Muszę coś zrobić z owocowaniem miłości, bo bez tego stanę się człowiekiem bez wyobraźni miłosierdzia. Najpiękniejsze nawet kwiaty są po to, żeby stawały się zaczynem owoców. Największe i najbardziej egzaltowane uczucie miłości, nie ma jakiejś wyjątkowej wartości, gdy nie przekłada się na czyny miłosierdzia.
Miłość to kwiat, który owocuje miłosierdziem.

Migawki z życia:
Wspominaliśmy dzisiaj Św. Tomasza Apostoła. Okazuje się, że apostoł wcale nie musi być perfekcyjny i też może błądzić i mieć swoje upadki w wierze. Najważniejsze, żeby ciągle szukał Pana, nie bał się dotykać wszelkich ran ludzi i świata, żeby w nich rozpoznać Jezusa. Nasz Ksiądz Prefekt Tomek obchodził dziś swoje imieniny. Po południu błogosławiłem ślub Tomka i Moniki. Cieszę się nimi i ich wspólną drogą życia. Czy wystarczy im moja modlitwa? Czy modlitwa może być również owocowaniem miłości w miłosierdzie? Wierzę, że moim największym uczynkiem miłosierdzia jest modlitwa za drugich!!!

Intencje modlitewne:
I tak najbardziej modliłem się za naszych kleryków, o ich świętość i dojrzałość; pamiętałem w modlitwie o wszystkich kapłanach, szczególnie tych przeżywających makabryczne trudności; o nowe powołania do naszego seminarium; za chorych i cierpiących, za popadających w depresje i poczucie bezsensu życia; za ubogich i samotnych; w intencji Moniki i Tomka, żeby byli szczęśliwi i święci; za wszystkich Tomków, jakich tylko znam, za tych, którzy przeczytali ten wpis.

« Previous Entries