Go to content Go to navigation Go to search

Miłość doskonalsza od wiary

February 8th, 2010 by xAndrzej

Ciągle myślę, na czym ma właściwie polegać rozwój mojej wiary. Chciałbym kiedyś mieć taką zdolność całkowitego zanurzenia się w Bogu, chodzić w Jego obecności i panować nad wszystkim we mnie, co nie jest zgodne z Jego wolą. Podobne pragnienia miał między innymi święty Paweł, kiedy prosił Boga, aby zabrał go z tej ziemi, bo ona go nie cieszy. Pan jednak polecił Pawłowi chodzić i działać na świecie, głosząc Ewangelię. Uświadomiłem sobie wczoraj, że takim zewnętrznym i częstym znakiem mojego dojrzewania w wierze jest znak krzyża, który robię tyle razy na swoim ciele. Najpierw dotykam głowy. To w niej rodzi się moja wiara, rodzi się z tego co słyszę, widzę, co mówię. Potem dotykam ręką serca. To drugi etap dojrzałości w wierze. Wiara i wszystko, co z nią związane ma przeniknąć moje serce, mam dać wierze swoje serce. A na koniec dotykam ramion, które są symbolem moich rąk. Ręce to narzędzie mojej pracy, to warunek mojego utrzymania się na ziemi i wytwarzania czegoś nowego. Ważna jest w tym wszystkim kolejność dotknięć. Najpierw głowa, potem serce i wreszcie ręce działające pod dyktando rozumu i uczuć. Inaczej mówiąc - wiarę mogę poznać po owocach moich rąk.
Czytam teraz Tomasa Halika o cierpliwości w wierze. Najbardziej zachwycił mnie fragment o św. Teresce. Ponoć gdy umierała nie miała żadnego odczucia wiary. Można by powiedzieć, że umierała jak ktoś niewierzący. W jej rozumie nie było zrozumienia Boga, odczucia Jego obecności na modlitwie, czy na adoracji. Oschłości przenikały jej umysł i nie było w niej jakiegoś nazwanego pragnienia Boga. Wyznawała, że czuje się jak bracia ateiści. Ktoś napisał, że umarła w niej wiara, a została miłość. Tak ponoć będzie w niebie. Tam nie potrzebna będzie wiara, a zostanie tylko miłość. Nie umiem sobie tego wyobrazić, jak można kochać coś w co się nie wierzy? A z drugiej strony sama miłość wydaje mi się szczytem wiary, tak jakby wiara była jedynie drogą do czystej miłości. Paweł pisał przecież, że kiedyś skończy się wiara i zostanie miłość. Miłość jest doskonalsza od wiary. Te wielkie słowa są dla mnie ważne. Pamiętam jedno z wyznań młodego małżonka: “Czasem nie lubię mojej żony, czasem jej już nie wierzę, ale ciągle ją kocham!” Kiedy wszystko zawiedzie a zostanie miłość to ona pokona wszystko. Wiara, która przeszła z głowy do serca, nawet jeśli już nie umie wrócić na miejsce głowy, zostawia trwały ślad w postaci miłości. Miłość z kolei uruchamia ręce, bo jak się kocha to się ich nigdy nie zaciśnie w pięść, ale zawsze wystawi do serdecznego uścisku.
Wolałbym chyba mieć problemy z wiarą ale kochać, niż mocno wierzyć, a nie mieć w sercu miłości. Wolałbym męczyć się z modlitwą i walczyć o potrzebne skupienie, a serce mieć wolne wobec każdego człowieka i każdemu umieć okazać miłość.

Migawki z życia:
Nasze seminarium jest dziś małym światem w pigułce. Chodzą po nim ludzie mówiący różnymi językami, wielbiący Jezusa na różne sposoby, nawet ubrani inaczej. Rozpoczęła się dziś u nas europejska konferencja przełożonych zakonów. Na razie trudno mi wyczuć zakonnego ducha. Może dlatego, że ciągle dla mnie ten świat, to świat mnichów z Kartuzji, czy świat Mertona i Tereski - a więc świat cichy, milczący, modlący się w samotności opactwa czy eremu. A jednak zakony to wielki świat świadków Boga, ludzi, którzy na różny sposób zostawili wszystko, żeby życie swoje oddać Bogu. Nawet jeśli robią to niedoskonale to jednak oddali MU to co najistotniejsze - swoją wolność, swoje ciało, swoją własność.

Intencje modlitewne:
Za kleryków - tych co są na feriach i tych co służą w seminarium - o świętość, radość i wytrwałość; za kapłanów i o nowe powołania kapłańskie i zakonne; za zakony całego świata - te stare jak Kościół i te zupełnie nowe; za ludzi chorych i cierpiących; za Kingę, Piotra, moich rodziców; za całą moją rodzinkę; za ludzi młodych; za dzieło rekolekcji młodzieżowych w naszym seminarium; za Ciebie - z wielką wdzięcznością za przeczytanie tego kawałka mojego zamyślenia

Wypłyń na głebię

February 6th, 2010 by xAndrzej

Między zajęciami próbuję pochylić się nad Słowem Bożym. Wiem już, że pierwszeństwo Boga w moim życiu nie musi być pierwszeństwem ilościowym. Mogę się o wiele mniej modlić niż pracować, mogę nie mieć za dużo czasu na długie adoracje i biegać co chwila do innych zajęć i w tym wszystkim oddawać Bogu pierwszeństwo. Pierwsze miejsce dla Boga ma być w moim sercu i w mojej głowie i nie mierzy się go tylko ilością minut i zaliczonych praktyk. Dobiegam więc co jakiś czas do Biblii, chwytam kilka Bożych słów i biegnę dalej, ale czuję, jak te słowa żyją we mnie i kierują moje myśli w stronę nieba.
Na dzisiejszą niedzielę Bóg daje nam kolejną, ważną lekcje Pisma. Tłumy ludzi ciągną za Jezusem, żeby słuchać. Zazdroszczę im tej determinacji. Jak mocne muszą być słowa Jezusa, że tylu ludzi potrafi pokonać mnóstwo przeszkód, żeby Go słuchać? Słuchanie to początek wiary, ale jeszcze nie koniec. Ze słuchania rodzi się wiara, ale dojrzewa tylko w zaufaniu. Dlatego Jezus poddaje próbie najpierw swoich uczniów. Z takim wzruszeniem słuchali. Usta im się nie zamykały z podziwu nad Bożymi obietnicami. To, co Jezus im mówił, wydało im się piękne, wiarygodne i szczęściodajne. I nagle konkretna prośba Jezusa: “Wypłyńcie na głębię!” I tu się zaczął problem. Trzeba przejść ze słuchania do działania, trzeba teraz wiarę wprowadzić w realia życia. Natychmiast postawili opór. “Tyle razy wypływaliśmy i nic się nie udało złowić. Nie namawiaj nas do tego, bo próbowaliśmy łowić cały dzień i nie złowiliśmy ani jednej ryby”. A jednak można zachwycić się wiarą i nie wierzyć. Mówić o wierze i nie ufać, że ona może być jakąś propozycją na życie. Gadać piękne kazania i zejść z ambony i żyć w całkowitym oderwaniu od tego, co się przed chwilą mówiło.
Wypłynąć na głębię nie musi wcale znaczyć tylko jakiejś głębokiej mistyki, kontemplacji, czy też jakiejś nadzwyczajnej relacji z Bogiem. Wypłynąć na głębię to pozwolić swojej wierze wcielić się w życie, dać szansę zrealizowania się Bożym obietnicom. Głębia wiary polega na odwadze wprowadzenia w życie tego, co się usłyszało od Jezusa, mimo ludzkich wątpliwości i przeciwnych pragnień. Kiedy słyszę o ubogich w duchu, a daję się ponieść swojej pysze - to spłycam moją wiarę. Kiedy Jezus zaprasza mnie na drogę ubogiego życia, bo bogatym trudno jest wejść do Królestwa niebieskiego, a ja ciągle szukam bogatszych środków dla uprzyjemnienia swojego kapłaństwa - to spłycam swoją misję i staję się mało wiarygodnym księdzem. Wypłynąć na głębię po usłyszeniu nauki Jezusa to zaufać i zacząć żyć według tego, co się usłyszało. Dopiero wtedy można stać się rybakiem ludzi.
Z moich kleryckich czasów pamiętam jak biegałem do jednego z krakowskich kościołów, żeby posłuchać świetnych kazań pewnego księdza. Rzeczywiście były wielkim kunsztem kaznodziejskim. Słuchało się ich na jednym oddechu, z oczami wlepionymi w mówiącego. Którejś niedzieli dołączyłem się do asysty. Znów było piękne kazanie. Pamiętam jak dziś, że głównym tematem było ubogie życie. Prawie, że dałem się przekonać do całkowitego ogołocenia. Dzięki tym zdaniom zrozumiałem wolność, piękno i sens pokornego i ubogiego życia. Po Mszy ksiądz zaproponował, że mnie odwiezie do seminarium. Wsadził mnie do jakiejś bogatej limuzyny i całą drogę opowiadał mi o bogatych rzeczach, które posiada i zagranicznych podróżach, na które się wybiera. Całe wrażenie z kazania uleciało bezpowrotnie. Poczułem się wtedy oszukany, zmiażdżony brutalną rzeczywistością nijak nie pasującą do ewangelicznych zachwytów. Ktoś mądrze rzucił sieć, a potem spłycił wszystko świadectwem swojego życia. Nasza kapłańska skuteczność nie zależy tylko od mądrego głoszenia Jezusa, ale przede wszystkim od autentycznej decyzji na zostawienie wszystkiego i pokazaniu na własnym przykładzie, że to o czym mówimy sprawdza się w naszym życiu.
Wypłyńcie na głębię - prosi Jezu swoich uczniów. To naprawdę nie musi znaczyć jakieś wielkiej i głębokiej mistyki, ale najpierw i przede wszystkim wprowadzenie w życie tego co się wcześniej od Jezusa usłyszało.
Kiedy Jezus mówi uczniom, że mają wypłynąć na głębię to nie proponuje im pustynnego, wyciszonego miejsca na głębokie refleksje, ale każe im wsiadać do łodzi, wiosłować jak zawsze i robić to, co było ich stałym zawodem. Bo wiara pogłębia się wtedy, gdy wszystkie słowa Jezusa stają się naszym nowym życiem w starych okolicznościach.

Migawki z życia:
Skończył się pierwszy semestr. Klerycy wyjechali do domów na krótki, zimowy odpoczynek. W naszym domu natomiast zaczyna się ruch związany ze spotkaniem wyższych przełożonych zakonów Europy. Cała zakonna śmietanka naszego kontynentu będzie u nas przez cały tydzień. Cieszę się tym, mimo, że ferie i szansa na mały odpoczynek znów przeszły mi koło nosa. (Aż trudno to pojąć, ale w tym roku nie miałem nawet przez chwilę nart na nogach, a śnieg wyjątkowy!) Takie spotkanie jednak daje dużo nowych doświadczeń, otwiera trochę na świat i wydobywa z naszego seminaryjnego, nieco prowincjonalnego postrzegania rzeczywistości.

Intencje modlitewne:
Za naszych kleryków ( jak ich nie ma to się zawsze za nich dużo modlę i przez to czuję się w duchowej wspólnocie z nimi); za kapłanów, szczególnie tych chorych i uzależnionych; o nowe powołania kapłańskie i zakonne; za zakony Europy o nowego, ewangelicznego ducha; za chorych i cierpiących, za Piotrka i moich rodziców; za Krzysia, Magdę i małego Filipa u których zjadłem dziś dobre śniadanie; za młodych ludzi o dobre wybory; za moich przyjaciół i wychowanków z DA; za Was - moi anonimowi i wirtualni przyjaciele z blogowej wspólnoty

Niebo, czy nie - bo … ?

February 1st, 2010 by xAndrzej

Łaska Boża to nie broszka do ubrania, to nie jakaś ozdoba, która ma uwznioślić i upiększyć nasze niezbyt poukładane życie. Tak samo jest z modlitwą i całym naszym życiem z Bogiem. One nie są mi potrzebne, żeby w życiu było bardziej duchowo i tajemniczo. Nie ma sensu, żebym był pobożny i uduchowiony tylko po to, żeby powiało ode mnie jakąś oryginalną wonią nie z tej ziemi. Nie chcę głosić ładnych kazań, żeby zaszpanować wyjątkową retoryką i wzruszać ludzi do łez, nawet wtedy kiedy mają szare życie. Bóg mi jest potrzebny bym przekraczał siebie, bym się nie dał uwikłać w moje ludzkie uwarunkowania. Diabeł rzuca na nas sieci naszych zranień, naszej przeszłości i okoliczności życia. Jesteśmy w niewoli naszych ograniczeń i ciągle dajemy Bogu kosza, bo nie wierzymy, że On jest większy i silniejszy niż nasze uwarunkowania. Mojżesz bronił się przed swoją misją tłumacząc Bogu, że się jąka, ale Bóg okazał się większy niż jego jąkanie. Sara uśmiała się ironicznie na zapowiedź, że będąc w starszym wieku może urodzić jeszcze syna. A Bóg otworzył jej stare i zamknięte łono i urodził się Izaak, wielki potomek Abrahama. Matka Boża też się dala złapać na sieć uwarunkowań pytając anioła, jakże się to może stać skoro nie współżyła z Józefem, jak można urodzić bez poznania męża? A Duch Święty przekroczył jej rozterki i uczynił z jej ludzkiego łona najpiękniejszą świątynię świata. Poczciwy Nikodem wyłamał się nocą z Sanhedrynu i coś go pociągnęło w stronę Jezusa. A kiedy był bliski wiary w to, co usłyszał od Mistrza z Nazaretu, znów poległ przywalony wątpliwościami: “Przecież jestem stary, a stary człowiek nie może się narodzić powtórnie”. A właśnie, że może, bo dla Boga nie ma nic niemożliwego!
Ach, te nasze uwarunkowania, to nasze wątpienie, że jesteśmy za słabi, za starzy, za mali, za głupi, za brzydcy, za grzeszni, żeby obietnice Boże mogły się zrealizować.
Potrzebna mi jest wiara, żebym przekroczył siebie. Chcę się modlić i być blisko Boga, żeby przeskoczyć fatalne pomyłki mojego życia i do końca zacerować wszystkie doznane rany. Po to zostałem księdzem, żeby obolałym ludziom powiedzieć, że Bóg naprawdę może ich uzdrowić, a jeśli nawet tego nie uczyni to tak wzmocni ich plecy, że udźwigną największe nawet kalectwo. Moje codzienne odprawianie Mszy Świętej to największy dowód na to, że Bóg jest w stanie przekroczyć przypadłości chleba i wina i uczynić z nich swoje prawdziwe Ciało i prawdziwą Krew. Bóg nie jest zniewolony żadnymi uwarunkowaniami i może bez najmniejszej trudności porozcinać diabelską pajęczynę naszych ludzkich uwarunkowań.
Ciągle czujemy, jak nas coś ogranicza, jak nasze ciało, nasza przeszłość, nasze obecne życie trzymają nas na uwięzi i nie pozwalają rozwinąć skrzydeł, ale Bóg może nam pomóc wzlecieć ponad nasze ograniczenia. Łaska Boża to naprawdę nie jest broszka do ubrania, ozdóbka, żeby w życiu było piękniej. To warunek mojego przekraczania siebie, stawania się lżejszym niż moja ociężałość; młodszym, niż moja starość; zdrowszym niż mój ból; świętszym niż moje grzechy.
Życie z Bogiem, moja obecność przy Nim otwiera przede mną niebo i sprawia, że przestaję już dzielić na dwoje to słowo i tłumaczyć się ciągle: “nie - bo coś tam …”
Dla Boga nie ma nic niemożliwego. Bóg, dla mnie, grzesznika, otworzył niebo, i na litość boską, muszę się przestać tłumaczyć, że się nie modlę - bo coś tam, że się nie nawracam - bo coś tam, że się nie zmienię, że nie przebaczę - bo coś tam…

Migawki z życia:
A jednak piękny był koncert kolęd. Jak ja mogłem nawet myśleć, że małe dzieci mogą coś zepsuć? Dodały kolędom ich prawdziwego smaku, sprawiły, że cały nasz poważny, seminaryjny kościół stał się na chwilę bardziej podobnym do Betlejem.

Intencje modlitewne:
Za naszych kleryków o Ducha Bożego, żeby w nich przekraczał wszystkie ich słabości; za kapłanów, szczególnie tych wypalonych i chorych; o nowe powołania kapłańskie i zakonne, żeby wszyscy powołani, przestali się ciągle wymawiać wobec Bożych zaproszeń; za dzieci - zwłaszcza te Domu Małego Dziecka; za dzieciaki chore - dziś myślę o tych wszystkich obrazach dzieci z Haiti; za cierpiących i bezdomnych; za młodych; za moich studentów z DA i wszystkie wspaniałe rodzinki; za tych co mi teraz pomagają służyć w seminarium; za wszystkich naszych dobrodziejów - którzy się modlą za nas i dzielą swoim groszem rozumiejąc doskonale, co to znaczy dla Kościoła posiadać kapłanów; za moich przyjaciół z tej blogowej wspólnoty ….

Przypominamy, że Wydawnictwo Św. Pawła wydało książkę zawierającą pierwszą część zapisków na tym blogu. Zapraszamy do zainteresowania się tą książką.
Ks. Andrzej Przybylski, Ksiadzblog.pl , Wydawnictwo Św. Pawła, Częstochowa 2009.

Ziarna się nie znajdują, ale kiełkują i rosną!

January 30th, 2010 by xAndrzej

Na jakiejś hospitowanej lekcji języka polskiego nauczycielka pokazała dzieciom jabłko i zapytała: “Wiecie, że w środku tego jabłka są takie małe, czarne ziarenka. Kto mi powie, co teraz robią te ziarenka w jabłku?” Dzieci zamurowało. Nawet studenci przyglądający się pokazowej lekcji spojrzeli na siebie zdezorientowani. Widząc zdziwienie wszystkich nauczycielka z uśmiechem na ustach odpowiedziała: “Ziarenka w tym jabłku znajdują się!” Tak się rzeczywiście może wydawać. Zewnętrzna bierność i bezruch ziaren może sugerować, że w nich nic się nie dzieje. Tymczasem w środku każdego ziarna rozgrywa się nieprawdopodobna dynamika. O niej właśnie Jezus mówił swoim uczniom w przypowieściach. Bez względu na to, co się dzieje na zewnątrz ziarno kiełkuje i chce się wybić w roślinę. Jest w nim przeogromna chęć życia, niepokój i walka o to, by wyrosnąć i wydać owoce. Tak też jest w naszym sercu. Pewnie na zewnątrz możemy wydawać się innym opanowani, spokojni, radośni, a w środku nas rozgrywa się najważniejsza batalia o życie, o nadzieję o miłość. To wszystko dzieje się w środku nas, w ukryciu. Nikt nie jest w stanie odkryć, zrozumieć i zobaczyć tych różnych tarć, przepychanek, odczuć, które dzieją się w naszym sercu. To zna tylko Jezus. On najlepiej wie, co kryje się w sercu człowieka i dlatego, jako jedyna osoba z zewnątrz, może nas zrozumieć. On sam też ma taką dynamikę. Kiedy idę na godzinę adoracji przed Najświętszym Sakramentem to muszę sobie mocno uświadomić, że w tym bezruchu Eucharystii jest żywy Bóg, że w tej ciszy Jego obecności jest Jego intensywny krzyk do Ojca o moje nawrócenie. Kiedy po raz tysięczny odprawiam Mszę Świętą, kiedy wypowiadam siedemnasty rok te same słowa, czytam te same fragmenty Pisma to może mi się wydawać, że w tym nie ma już żadnego działania, żadnej skuteczności, a tymczasem Bóg podczas każdej Mszy wciąż za mnie umiera, oddaje swoje Ciało i wylewa swoją Krew, żebym się nie zatracił w piekle. To za mało powiedzieć, że Jezus znajduje się w Kościele. On się tam nie znajduje, On tam działa, umiera i zmartwychwstaje. Czasem gadamy tak uczniom, że mają być cicho w kościele, bo tam się znajduje Jezus. To nie cała prawda! On się nie tylko znajduje, ale działa, żyje, kocha, robi tyle nieprawdopodobnych rzeczy z miłości do mnie.
Dziś podskakiwało moje serce po przypomnieniu tej prawdy. Wszystko mnie dziś cieszyło - fałszowanie diakona na Godzinkach, moje zapomnienie na liturgii, kiedy niepotrzebnie trzymałem ręce w górze, cieszył mnie dziś nawet ból w krzyżu i to, że się poruszam jak po skrzywieniu kręgosłupa. Świadomość tego, że Bóg nie tylko się we mnie znajduje, ale żyje, kocha i pomaga mi, dała mi dzisiaj nowe skrzydła i pozwoliła zobaczyć piękno świata.
Dynamika ziarna to również sprawa mojego zaangażowania. To fajnie, że mogę się znaleźć w kościele, że mam czas na modlitwę, że czytam Biblię, to fajnie, że to wszystko jest obecne w moim życiu, ale to jeszcze za mało. Zadałem sobie i klerykom pytanie, czy tylko znajdujemy się w seminarium, czy też pozwalamy się kształtować Jezusowi, czy tylko znajdujemy się na modlitwie, czy też walczymy o skupienie, o przemianę uczuć, o zamieszkanie w Bożym słowie. To byłoby za mało, gdybym się znalazł w szeregach kapłańskich, a nie chciałbym się spalać dla Jezusa, wzrastać dla Niego i umierać tak jak On.
Ziarno nie znajduje się, ale kiełkuje i rośnie, albo marnieje i gnije. Nie może się zatrzymać w działaniu, bo albo będzie wzrastać, albo gnić. Król Dawid, który na takie szczyty wyniósł królestwo narodu wybranego, zaczął to wszystko psuć w momencie, gdy przestał walczyć, gdy stracił swoją dynamikę. Kiedy inni królowie wyruszali na wojnę, Dawid został w Jerozolimie. Jak nie rośniesz dla Chrystusa to zaczynasz gnić. Nie można się tylko znajdować w Kościele, ale trzeba w nim działać. Nie wystarczy tylko być chrześcijaninem, ale trzeba dojrzewać i rozwijać swoją wiarę, bo inaczej wiara zginie, a chrześcijaństwo zacznie się psuć i nie wyda owoców.
Co robicie w Kościele? Co robicie na Mszy Świętej i na modlitwie? Wierzę, że coś więcej niż to, że się znajdujecie.

Intencje modlitewne:
Za naszych kleryków, żeby nie tylko znajdowali się w seminarium, ale dojrzewali i rośli; o nowe powołania kapłańskie i zakonne - o odwagę, dla tych, którzy coś w tym stylu słyszą w swoim sercu; za nasze seminaryjne rekolekcje dla młodzieży; za księży wychowawców i profesorów z naszego seminaryjnego domu; za chorych i cierpiących; za ubogich i bezdomnych; za tych biednych ludzi z Haiti, żebyśmy za szybko nie zapomnieli o ich biedzie; za moich przyjaciół z DA ( dzięki za ostatnie odwiedziny!); za tych, którzy pomagali mi budować kościół i dom dla studentów; no i jak zawsze za tych, którzy dobrnęli aż dotąd w tym wpisie na blogu - odmówię za chwilę różaniec w waszej intencji.

Zaproszenie
Jutro, tj. 31 stycznia br. o godz. 18.00 w naszym seminaryjnym kościele odbędzie się koncert kolęd w wykonaniu naszych alumnów oraz z udziałem dzieci z Domu Małych Dzieci w Częstochowie. To takie pożegnanie z kolędami na ten rok. Serdecznie Was zapraszam. Jeśli macie możliwości i czas to przyjdźcie koniecznie!

Ewangeliczne ziarna w szarej codzienności

January 28th, 2010 by xAndrzej

Z naszych dużych korytarzy wieje chłodem, ale myślę, że nie ma co narzekać, gdy się pomyśli o ludziach bez prądu i ciepła, czy nawet o moich braciach kapłanach posługujących w wiejskich, zimnych kościołach. Dwa dni temu zawiozłem trochę ciepłych rzeczy do przytuliska dla bezdomnych. Klerycy znowu zaplusowali, bo podzielili się z bezdomnymi swoimi polarami, swetrami i skarpetkami. To cenny dar szczególnie, że kleryckie szafy naprawdę nie pękają od nadmiaru ciepłych ubrań. W przytulisku aż trzeszczy od chroniących się przed zimnem ludzi. Pracujący z nimi Przemek powstrzymał mnie od chęci wejścia do ogrzewalni, gdzie chowają się przed zimnem pijani i najbardziej brudni bezdomni. Żałuję, że pozwoliłem się powstrzymać. Pan Jezus wszedłby bez wątpienia pośród nich i nie zraziłby się ich smrodem, brudem i wyzwiskami. Miłość Boga do człowieka jest niewyobrażalna. Kapłaństwo Jezusa ma swoją szczególną opcję na rzecz ubogich. Nieobecność Kościoła wśród najbardziej potrzebujących byłaby zdradą Ewangelii. I nie chodzi w tej służbie ubogim tylko o jakieś gesty charytatywnej pomocy, ale o uzdrawiającą moc spotkania z ubogimi. To spotkanie wyzwala miłość i ją kształtuje. Szkoda, że nam, kapłanom, łatwiej przychodzi dbać o relacje z bogatymi tego świata niż z ubogimi. U Jezusa te proporcje z pewnością wyglądały inaczej. Bóg cieszy się tym wszystkim co w Kościele robimy dla ubogich.
Wczoraj rozpoczęliśmy wspomnienie św. Tomasza z Akwinu. Jezus znów nas zaskoczył i upomniał się o ewangeliczne proporcje. Mszę z tej okazji odprawiał u nas biskup Antoni. Biskup od dzieci, który na co dzień najczęściej odprawia dla przedszkolaków, pisze książki dla dzieci i tańczy w “Ziarnie” mówił nam o wielkim, mądrym, świętym doktorze Kościoła. Jestem przekonany, że sam św. Tomasz cieszył się z tego w niebie, bo już rozumie, że nawet największy teolog musi mieć coś z małego dziecka.
Tak się też składa, że częściej odwiedzają nas teraz dzieci. W niedzielę nasi klerycy dają koncert kolęd z udziałem małych dzieci na pierwszym planie. Chcemy pomóc dzieciakom z Domu Małych Dzieci w Częstochowie. Będziemy też dla nich zarabiać pieniądze organizując przy okazji koncertu małą kwestę. Dzieciaczki przychodzą do naszego wielkiego kościoła i ćwiczą swoje małe scenki. Aż się boję tego zestawienia: klerycki, poważny chór, śpiewający skomplikowane kompozycje i proste małe dzieci, które pewnie nie jeden raz zapomną swoje role. Czy nie będzie to jak kwiatek do kożucha? Tak czy owak natchnął mnie do tego Ks. Twardowski swoim wierszem o świętych z dziećmi na ręku. Ksiądz Twardowski przyznaje się, że miał sen, w którym śniło mu się, że trzyma na swoich kapłańskich rękach małe dziecko. Reakcje ludzi były bardzo różne. Jedni podziwiali pokorę i świętość Księdza Jana, a drudzy pisali donosy do kurii, zgorszeni, że poważny ksiądz bierze na ręce małe dziecko.
A dzieciaki już na próbach rozbrajają nas swoją szczerością. Mały chłopiec wyznał mi wczoraj, że Jezusa będzie grała zabawka. A dziewczynka, która wciela się w osobę Maryi, z wielkim, damskim wdziękiem i kokieterią stanęła przede mną i zapytała poważnie: ” Proszę Księdza, jak ja mam być Maryją jak mi się chce siku?” Mariolodzy doszukaliby się w tym pewnie ważnej sugestii potwierdzającej prawdziwe i pełne człowieczeństwo Matki Boga.
I tak, mimo zimy, biegnie nam seminaryjne życie. Pośród chłodu i ciężkiej nauki kleryków Bóg troszczy się o to, żeby więcej pachniało u nas ewangelią. Pewnie wszędzie są takie ziarenka Królestwa Bożego tylko trzeba nauczyć się je dostrzegać, pośród poważnego świata, który sami sobie stworzyliśmy.

Intencje modlitewne:
O nowe powołania kapłańskie i zakonne, za młodych ludzi zastanawiających się nad udziałem w naszych rekolekcjach - żeby mieli odwagę popytać Boga o swoje życie; za kapłanów, szczególnie tych chorych i cierpiących; za naszych kleryków, żeby w swoich poważnych zajęciach widzieli jak najwięcej radosnych ziaren Ewangelii; za chorych i cierpiących; za bezdomnych z przytuliska i tych z ogrzewalni; za moich serdecznych przyjaciół czytających te zapiski - trwam na modlitwie za was i podziwiam, że chcecie czytać takie pobożniutkie i poukładane myśli w świecie medialnych wstrząsów i sensacji.

Kapłańska zima

January 22nd, 2010 by xAndrzej

Zima nie odpuszcza i trochę daje w kość. Wszystko pewnie dlatego, że odzwyczailiśmy się trochę od śniegu i mrozu. Za to widoki są piękne, a wokół seminarium spaceruje się jak po górskich szlakach. Mamy też sporo roboty, choć większość z niej wykonują klerycy. Wczoraj razem z braćmi z pierwszego roku wywalaliśmy śnieg z dachu, a właściwe zlodowaciałe góry śniegu. Może to bardzo niewłaściwe porównanie, ale nosząc łopaty pełne brył śnieżnych i patrząc na chłopaków rozwalających śnieżne zwaliska, przypomniałem sobie ratowników ze stolicy Haiti. W ciszy serca modliłem się za te tysiące ludzi przywalonych gruzem, i tych umarłych i może tych jeszcze dogorywających. Wcale się nie trzeba modlić i mówić coś pięknego o Bogu, żeby być blisko Niego.

Właściwie wszystko może być modlitwą. To ponoć Grecy podzielili życie na sacrum i profanum, ale tak właściwie to chyba tylko sztuczny i akademicki podział. Boga można uwielbiać na tysiące sposób, bo w komunii z Bogiem nie metoda, ale pamiętające serce jest najważniejsze, a człowiek nie może się oderwać od swojego serca. Rzeczy i czynności sakralne są z pewnością niezbędne dla wiary, ale one same nie działają magicznie - potrzebują jeszcze odpowiedzi naszego serca. Żyję w świecie, który przepełniony jest sacrum, ale ono niekoniecznie przepełnia do końca serca każdego z nas. Mieszkamy pod jednym dachem z Jezusem obecnym w Eucharystii, nasz dzień zaczyna się i kończy od modlitwy, a i tak, nawet w takiej atmosferze serce może zamarznąć i stwardnieć. Nie ma nic twardszego jak zamarznięte serca ludzi przyzwyczajonych do Boga. Przyzwyczajenie duchowe zamraża serce, zamyka na zaskakujące działanie Boga, ubiera Go w utarte schematy, napawa lękiem przed rzuceniem się na wiatr Ducha Świętego. Na lodzie Bóg nie może już zostawić żadnego śladu.

Odprawiałem dziś Drogę Krzyżową w zimnym kościele. Praktycznie bezmyślnie szedłem od stacji do stacji. Te same sceny, kilka pobożnych i oklepanych myśli. Trochę tak jakby to zimno zamroziło moje odczucie Boga. Dopiero przy dwunastej stacji coś we mnie drgnęło. Zacząłem myśleć o śmierci Jezusa i poszukiwać, ważnej, ale zagubionej sceny - przebicie boku Jezusa. Najpierw wydawało mi się, że ten moment zawiera się już w tajemnicy śmierci, ale przecież żołnierz przebił bok Jezusa, kiedy już było po wszystkim, kiedy już wszystko się dokonało. Po co jeszcze ranić serce trupa? Przez śmierć Jezus już zapłacił za nasze grzechy! Sprawiedliwości stało się zadość. Czy to nie wystarczy? Biedni byśmy byli, gdyby Bóg zatrzymał się na czystej sprawiedliwości.

Kiedy siostra Faustyna doświadczyła widoku piekła, była zdumiona, że pełno w nim ludzi sprawiedliwych, ale nie potrafiących kochać. Nawet ogień piekła nie potrafi rozmrozić lodu ich serca. Znam dużo ludzi całkiem sprawiedliwych, nawet wierzących, ale zimnych, zamkniętych, zgorzkniałych, smutnych. Ta włócznia wbita w serce Sprawiedliwego to jak bosak rozwalający lód na rzece, żeby wypłynęła spod lodu woda życia. Może do naszego usprawiedliwienia to przebicie serca nie było już potrzebne, ale Jezus nie chciał nas tylko usprawiedliwić, chciał zapewnić nas o miłości. Grzech, który normalnie zamraża nasze serce nie zamroził serca Jezusa, a wbita włócznia wyzwoliła strumienie Jego Miłosierdzia.

Jeśli przyzwyczajenie do Boga jest największym ryzykiem zamarznięcia serca, to w pierwszej grupie tego ryzyka jesteśmy my, kapłani. Mam czasem wrażenie, że tak wiele kapłańskich serc jest skutych lodem. Zamarzają przy źródle! Źródło nie zamarza tam, gdzie jest dużo ciepła, radości i miłości. Trochę nam brakuje kapłańskiego ciepła. A tak wielu ludzi, go dziś bardzo potrzebuje. Wzrok patrzący z góry, liturgia jak musztra, kazania krzykliwe i straszące, ogłoszenia pełne wyrzutów sumienia - to pierwsze zwiastuny przymrozków. Jeszcze gorzej, gdy brakuje radości, bo cóż to za święty, co się nie uśmiecha - to święty zmarznięty. Największe mrozy przychodzą wtedy, gdy zamarza miłość, gdy się już coraz mniej kocha Boga, coraz rzadziej wychodzi z domu, żeby iść do grzeszników, gdy się już nie chce ani modlić, ani służyć, gdy się już tylko liczy pieniądze i narzeka na życie.
Ale co zrobić, gdy serce zamarzło? Pewnie każdy ma swój sposób. Ja jutro pewnie pójdę do bezdomnych, zaniosę trochę skarpet i swetrów i wierzę, że jak spojrzę w ich biedne, zmarznięte i przepite oczy to serce mi pęknie. Może to jest najprostszy sposób na kruszenie lodów - pójść do ubogich, cierpiących, samotnych? “Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym, spragnionym, nagim, chorym …?” “Cokolwiek zrobiliście jednemu z tych najmniejszych, mnieście zrobili!” Nic tak nie kruszy serca, jak Jezus obecny w ubogich. Im więcej jest zamrożonych serc tym więcej będzie ludzkiej biedy! Im więcej będzie zimna w kapłańskich sercach tym mniej ludzi będzie chciało ogrzać się w Kościele.

Intencje modlitewne:
za kapłanów, o nowe powołania kapłańskie i zakonne; w intencji naszych seminaryjnych rekolekcji młodzieżowych; za wszystkich kleryków o moc Ducha na czas zdawania egzaminów i uczenia się; za młodych ludzi, za moich przyjaciół z DA; za chorych, cierpiących, bezdomnych; za wszystkich na Haiti - zmarłych i żyjących; głodnych i rozdających jedzenie, poszkodowanych i pomagających, chorych i tych którzy leczą; za Agnieszki przy okazji ich imienin;
za Was, którzy teraz przeczytaliście ten wpis
- wiem, że wielu z Was rozgrzewa nasze kapłańskie serca swoją modlitwą. Modlitwa też skutecznie kruszy lody! Nawet nie wiecie jak dużo potrzebują jej kapłani!

Świadkowie miłości

January 18th, 2010 by xAndrzej

Ciągle zapominam, że w ubóstwie nie chodzi przede wszystkim o materialną biedę. Choć czuję mocno jak bogatemu “trudno wejść do Królestwa niebieskiego”. Nasze posiadanie zawsze jakoś nas wiąże ze sobą, angażuje nasz czas i myśli. Często z powodu nadmiernych pragnień posiadania tracimy wolność. Nie mamy czasu ewangelizować, bo musimy się zająć naszym dobytkiem, nieruchomościami, ekonomią. Nasze nowe rzeczy, kupione na początku dla rzekomego usprawnienia życia, zajmują nas coraz bardziej kradnąc czas przeznaczony dla Boga. Pewnie Kościół nie jest wcale najbogatszą instytucją, a księżom też jeszcze daleko do bogactwa współczesnych przedsiębiorców i ludzi biznesu, ale nasze bogactwo boli bardziej, bo Ten, którego głosimy był naprawdę ubogi. Marzę więc, żeby na wzór świętego Franciszka rzucić wszystko i stać się żebrakiem, zdać się całkowicie na łaskę Pana i chwalić Go za to, że troszczy się o nas jak o lilie polne i ptaki powietrzne. Ale, żeby żyć w ubóstwie nie można być tchórzem. A nam ciągle brakuje odwagi pierwszych uczniów Chrystusa, dla których pójść za Jezusem znaczyło najpierw zostawić swoje sieci, stabilizację, swoje, może małe, ale zawsze jakieś zabezpieczenia.

Na rozmyślaniu wpadło mi dziś do głowy biblijne zdanie, że “Jezus będąc bogatym stał się ubogim, żeby nas swoim ubóstwem ubogacić”. Można więc być bogatym i stać się ubogim! Można mieszkać w całkiem ładnym mieszkaniu, mieć tytuły naukowe i jakieś eksponowane funkcje i być ubogim. Nie trzeba mieć jednej obdartej koszuli, nie trzeba opróżniać kieszeni i robić w nich dziurę, żeby być ubogim. Można nie wyglądać na ubogiego, a być u Boga na garnuszku, we wszystkim zdać się na Jego wolę.

Modliłem się dzisiaj sporo o ubóstwo. Prosiłem Pana, żeby wyzwolił nas, kapłanów, od chęci posiadania najlepszych samochodów, od planowanych wyjazdów w ciepłe kraje, od ciułania na kapłańską starość.
Ale szybko uciekłem od tych myśli idąc głębiej, bo Duch Święty nie chce nas zatrzymać na ubóstwie materialnym. Na nic bowiem byłoby nic nie posiadać, a mieć serce pyszne i umysł nadęty. Myślałem więc o dwóch postaciach naszego ubóstwa: ubóstwie miłości i ubóstwie umysłu.
Być ubogim w miłości to w każdym czasie i w każdych okolicznościach wierzyć w miłość. Jeśli prawdziwe pokochasz to cię ogołocą, bo miłość nie szuka swego i nie unosi się pychą. Jeśli prawdziwie pokochasz, to cię wykorzystają, bo miłość cierpliwa jest i łaskawa. Jak prawdziwie pokochasz to ci dadzą krzyż, bo miłość nie cieszy się z niesprawiedliwości lecz współweseli z prawdą. Aż w końcu, gdy prawdziwie pokochasz to cię zabiją, bo miłość wszystko znosi, wszystkiemu wierzy. Kapłan Nowego Testamentu to nade wszytko świadek miłości.
Do ubóstwa miłości potrzebne jest ubóstwo umysłu, taka zgoda - jak twierdzi Marie-Dominique Phillippe - żeby nas, dorosłych ludzi mógł nauczać dwunastoletni Jezus. Wyobraźcie sobie tych uczonych w Piśmie, wielkich teologów, zasłuchanych w nauczanie, bądź co bądź, jeszcze dziecka. Tylko wtedy teolog otworzy się na miłość, kiedy pozwoli swojemu rozumowi i swojej mądrości kształtować się we wszystkim Bożemu Słowu. Stąd pewnie teolog więcej niż wszyscy inni musi padać na kolana przed Panem i filtrować swój rozum w powiewie Ducha Świętego. Ksiądz jest z zawodu teologiem i musi pracować nad ubóstwem umysłu. Inaczej nie stanie się świadkiem miłości.

Migawki z życia:
Byłem dziś rano na pogrzebie księdza. Mówiono o nim wiele dobrych rzeczy, ale najczęściej o tym, że nie tylko kupował, ale czytał mnóstwo książek. Widocznie czytanie wielu książek jest też potrzebne, żeby być dobrym kapłanem.

Intencje modlitewne:
Bardzo żarliwie modliłem się dziś za naszych kleryków, żeby prawda i miłość zwyciężały w nich nad tym co światowe; o nowe powołania kapłańskie i zakonne ( Ksiądz Arcybiskup mówił dziś słusznie, że każdy pogrzeb księdza powinien być wielką modlitwą o powołania); za chorych i cierpiących - Piotrka, małego Mateusza, moich rodziców, Gosię z Sieradza, Ks. Andrzeja z Częstochowy i za wszystkich cierpiących po trzęsieniu ziemi na Haiti; za młodych ludzi o dar wiary; o ubóstwo dla wszystkich kałanów i tych, którzy mówią, że są uczniami Chrystusa; za czytelników tego blogu - naprawdę pamiętam o Was w modlitwie!!!!

Sekret Boga

January 14th, 2010 by xAndrzej

W minioną niedzielę pomagałem w parafii, w małym miasteczku niedaleko Częstochowy. Po pierwszej Mszy świętej dopadł mnie w zakrystii jakiś starszy pan. Kulturalnie się przedstawił, że ma na imię Jan i liczy sobie grubo ponad 80 lat. Wiedząc, że uczę przyszłych księży błagał mnie nad wszystko mówiąc: “Niech ksiądz powie tym swoim klerykom, że wszystko zależy od tego, co się ma tu!” I w tym momencie zaczął uderzać swoją pięścią w moje serce. A potem dodał: “I niech pamiętają, że wszystko czemu służą w kapłaństwie to wielka tajemnica wiary, wielka tajemnica…” Te ostatnie dwa słowa powtarzał bez końca. Uśmiechnąłem się do niego, ale jego słowa mocno mnie dotknęły. Przypomniałem sobie mądre tłumaczenie o tajemnicy Boga. Chrystus nazywa siebie Słowem, Logosem, a to ponoć znaczy również tajemnicę, sekret. Wiara jest służbą wobec sekretu Boga. Bóg nie tłumaczy nam wielu ważnych spraw i prosi, abyśmy zaufali, że ta Jego wielka tajemnica ma w sobie jakąś zbawczą moc, że nasza wiara hartuje się właśnie w obliczu sekretu Boga.
Bo przecież każdy z nas jest tajemnicą, nasza prawdziwa świętość, czy też prawdziwa grzeszność jest naszym sekretem, który zna tylko Bóg. Nawet w Kościele są święci i grzesznicy i może dopiero po ich śmierci docieramy do rąbka tajemnicy ich życia. Dlatego ksiądz Jan Twardowski przestrzegał nas, że prawdziwą świętość trudno jest zobaczyć za życia, a jak ją widzimy to może się szybko okazać, że była tylko mistyfikacją. Świętość też jest bowiem wielką tajemnicą Boga w człowieku. Ponoć wtedy, gdy człowiek wyda swój sekret traci moc. Może tak jest ze świętością, że jak zaczyna nam się wydawać, że jesteśmy święci to traci ona swoją moc i staje się miejscem wielkiego spustoszenia dokonywanego przez diabła. Ilu ludzi w Kościele zaczynało wielkie dzieła, a potem pogubili się we własnym grzechu? Ilu mieliśmy mistyków, którym nadzwyczajne doświadczenia uderzyły do głowy i zamiast zostać sekretem ich życia, stały się powodem ich zabójczej pychy? Prawdziwy mistyk i prawdziwy święty ukrywa swoją świętość, albo po prostu nawet nie zdaje sobie z niej sprawy.
Sekretem jest świat, z jego dziwną historią i wstrząsającymi kataklizmami. Wobec tej historii świata najlepiej zamilknąć, bo każda próba odkrycia tajemnicy jest fragmentaryczna i mylna. Jakoś wyjątkowo przeżywam tragedię trzęsienia ziemi w stolicy Haiti. Nie próbuję nawet stawiać pytania o przyczyny, o to dlaczego tam i dlaczego tylu ludzi? Każda odpowiedź jest uproszczeniem i zuchwałą próbą odkrycia niepojętej dla nas tajemnicy. Nie wiem dlaczego i kto dopuścił taką tragedię, ale wiem, że ona może i musi wyzwolić we mnie możliwie największe gesty miłości i solidarności. W jakimś serwisie informacyjnym widziałem pośród tych ruin miasta i w obliczu ludzkich martwych ciał olbrzymią grupę ludzi modlących się do Boga. Oni pewnie bardziej mieliby prawo do pytania dlaczego, ale czują, że stoją wobec tajemnicy, na którą można tylko zareagować modlitwą i służbą.
Adam i Ewa, nasi prarodzice byli szczęśliwi dopóki uszanowali sekret Boga i z szacunkiem i posłuszeństwem przechodzili wobec Jego tajemnicy. Kiedy chcieli poznać wszelkie dobro i zło stracili moc. Człowiek, który wyda swój sekret traci moc. Człowiek, który nie nosi w sercu wielkiej tajemnicy Boga i koniecznie żąda, aby Bóg tłumaczył się ze wszystkiego, straci moc swojej wiary, straci nadzieję i radość pójścia za Bogiem. Oto wielka tajemnica Boga! Za mali jesteśmy by ją pojąć.

Migawki z życia:
We wtorek mieliśmy spotkanie modlitewnej grupy mężczyzn. Modliliśmy się za małego Mateusza o jego uzdrowienie. Po dłuższej, wspólnej modlitwie poprosiliśmy Boga o słowo. Usłyszeliśmy historię o cudownym uzdrowieniu syna dworzanina. Najbardziej zdziwiła nas godzina, w której Jezus złożył tę obietnicę - było około godziny siódmej. My też zaczęliśmy się modlić o tej godzinie. Bóg jest bardzo konkretny w swoich obietnicach.

Intencje modlitewne:
Dziś najwięcej modliłem się za wszystkie ofiary trzęsienia ziemi w stolicy Haiti, wśród tych wszystkich zaginionych lub pewnie już przysypanych gruzami jest również stu kleryków z tamtejszego seminarium. Niech Pan da im wszystkim niebo! Modlę się też o naszą konkretną pomoc dla tych ludzi. Sam wysłałem już SMS na prośbę Caritas. Jak łatwo możemy dziś siedząc w domu, podzielić się wdowim groszem z potrzebującymi! Modlę się za kapłanów, za naszych kleryków i o nowe powołania kapłańskie i zakonne. Za chorych i cierpiących. Trwam ciągle w modlitwie za małego Mateusza. Za ludzi ubogich i bezdomnych z naszych ulic. Za moich wspaniałych studentów z DA i za tych, którzy pomagali mi budować ośrodek dla studentów.

Pytania o samotności

January 9th, 2010 by xAndrzej

Myślałem dziś sporo nad tym, czy Jezus był indywidualistą. Z pewnością bliskie Mu było doświadczenie samotności, z pewnością musiał często sam przeżywać doświadczenie niezrozumienia, odrzucenia i dalej realizować swoją misję. Miał obok siebie najbliższych uczniów, przygotowywał ich do podjęcia nauczania i budowania Kościoła, ale czy nie było tak, że On jeden widział sens tej drogi, a oni szli w ciemno? Nawet gdy próbował im tłumaczyć, o co w tym wszystkim chodzi, to często nie rozumieli i musiał samotnie iść do przodu. Nawet próby wspólnej modlitwy zakończyły się tym, że On się modlił, a oni spali. Jakimś indywidualistą i samotnikiem musiał być Jan Chrzciciel. Szły za nim tłumy, ale wydaje się, że tylko on pojął i zrozumiał, że nadchodzi Baranek. On też miał uczniów i to nie byle jakich - Andrzeja i Jana, ale szybko ich oddał Jezusowi i znów szukał nowych współpracowników. Podobnie musiało być i ze świętym Pawłem i wieloma innymi, charyzmatycznymi postaciami historii Kościoła. Te moje pytania o indywidualizm i samotność przenoszą się na nasze kapłańskie życie. Żyjemy obok siebie, często nawet we wspólnocie, ale jakby samotni, jakby nie do końca zdolni do współdziałania. Ciągniemy ten “wózek” Kościoła niby razem, ale każdy w swoją stronę i po swojemu. Sam nie mogę pochwalić się zdolnością do współdziałania, bo choć wydaje mi się, że jestem na nią otwarty, to często jedynie na moich warunkach. I nie ma w tym żadnej gry, ani chęci jakiegoś zysku, ale w swojej mniszej naturze nie lubię wychodzić poza świat mojej duchowości, mojego myślenia o Bogu i koncepcji na Niego. Sądzę, że wielu moich braci mogłoby się wpisać do takiego kapłańskiego klubu indywidualistów i samotników, choć oskarżamy się o to wzajemnie, taksując, który z nas bardziej.
Ale może nie muszę szukać doskonałej jedności? Może, tak jak w każdym człowieku grzech rozwalił wewnętrzną integralność, tak i w ludzkich wspólnotach grzech rozwalił naturalną zdolność do współdziałania? Może przez to skazani jesteśmy na nasz indywidualizm i samotność, a zamiast oczekiwać jakiegoś cudownego rozwiązania może trzeba z tej słabości uczynić kolejne miejsce teologiczne, miejsce działania Boga w naszej samotności i indywidualizmie?
Z pewnością takim miejscem jest kapłańska samotność. Ona wpisana jest w nasze powołanie. I choć otoczymy się rzeszą ludzi, przyjdą wieczory i dni kiedy będziemy sami. I choć będziemy mieli masę znajomych to oni i tak, żyjąc w świecie, nie zrozumieją naszego powołania. Moi pierwsi wychowankowie, którzy bezpośrednio po święceniach poszli w życie parafialne mówią mi o swoistej rewolucji. W seminarium żyli jak w koszarach, przez całą dobę we wspólnocie ludzi. I nagle znaleźli się na plebani, sami, w swoim pierwszym mieszkanku, bez współlokatora, bez kolegów za ścianą, bez przełożonych mobilizujących do działania, bez regulaminu układającego życie co do minuty. Nawet jeśli mają pełen dzień zajęć to wracają do siebie wieczorem, żeby zderzyć się z samotnością. Ale właśnie w tej samotności jest największa szansa osobistego spotkania z Bogiem! Nie wolno nam uciekać od samotności, krzywić się na nią i szukać technik jej zabijania. Samotność księdza nie jest przekleństwem czy piętnem powołania - jest miejscem najgłębszej obecności Boga.
A co z indywidualizmem? Z pewnością Bóg go nie chce, bo nie może chcieć czegoś co rozwala lub przynajmniej mocno osłabia Jego Kościół. Ale, skoro ten indywidualizm, w mniejszym lub w większym stopniu jest udziałem nas wszystkich, to może znowu warto go przyjąć jako zadanie od Boga? Może warto, żebym pokochał mojego brata z jego doświadczeniem Boga, z jego duchowymi, bardzo osobistymi doświadczeniami i przekonaniami ? Może warto, żebym w tym bardzo indywidualnym myśleniu zobaczył jakieś światło i uwierzył, że to co wydaje się być takie poszarpane, w rękach Boga staje się pięknie tkanym dywanem?
Odnaleźć w naszym indywidualizmie miejsce teologiczne to może wcale nie znaczy wszystko uzgodnić, ujednolicić, ale pokochać te nasze różnice i zrobić wszystko, żeby one nie były źródłem krytyki, oskarżeń, podkładania nogi, ale żeby z tych naszych kwiatków Bóg mógł uczynić cudowną łąkę Kościoła?
Staję więc przed Bogiem z moją nieumiejętnością współdziałania, z moim indywidualizmem i zamknięciem na innych, z moją samowystarczalnością i nie proszę Go, żeby to wszytko wyrównał i ujednolicił, ale żeby w tym wszystkim nauczył mnie kochać.

Migawki z życia:
Czytam kolejne tomy książek Marie -Dominique Phillippe. Pewnie znów będę miał głowę pełną Bożych myśli. Razem z Ks. Adamem byliśmy u Małych Sióstr Baranka. Przywiozłem od nich książkę o historii ich wspólnoty. Takie proste opowiadania o cudownym działaniu Boga. Źródła tej wspólnoty sięgają roku 1968 i słynnej francuskiej rewolucji kulturalnej. Kiedy się wydaje, że ludzie odchodzą od Boga, sam Bóg zasiewa w tej biedzie jakieś ważne ziarenko dla pięknego drzewa. Ono rośnie powoli, ale najcudowniejsze, że narodziło się w tak biednej glebie. Kiedy się czasem martwię, jak Bóg sobie poradzi z dzisiejszymi problemami Kościoła, to wierzę, że będzie podobnie - nie da gotowych i natychmiastowych recept, ale zasadzi roślinki, które wyrosną po latach i będą zaczynem nowego ducha.

Intencje modlitewne:
Za kleryków - Bogu niech będą dzięki, że są i że rośnie w ich sercach Królestwo Boże!; za kapłanów - żeby nasza samotność i indywidualizm nie były przekleństwem ale błogosławieństwem Kościoła; za moich dobrych współpracowników w pracy seminaryjnej; za księży profesorów i pracowników naszego domu; za chorych i cierpiących - o uzdrowienie dla Piotra, o zdrowie i siły dla moich rodziców; o radość życia wiecznego dla zmarłych - za zmarłego tatę Moniki ( nie mogłem dziś nawet być na pogrzebie, ale na pewno się za niego pomodlę); za zmarłą siostrę Ks. Jana; za ludzi młodych, szczególnie za przyjaciół z DA; za tych co pomagali mi budować ośrodek dla studentów i za tych, który teraz pomagają mi w seminaryjnej pracy.

Chryste, Ty jesteś moją pasją!

January 7th, 2010 by xAndrzej

Skończył się czas świątecznych wakacji. Chyba po raz pierwszy odnalazłem w tym czasie olbrzymią radość z częstszej i spokojniejszej możliwości bycia z Bogiem. Moje pragnienia coraz rzadziej kierowały mnie w stronę świata, wyjazdów, spotkań. Bez względu na to, czy jest to sprawa łaski czy tylko wzrastania w latach, cieszę się tą zmianą. Odkrywam, że Bóg rzeczywiście może zaspokoić najgłębsze ludzkie pragnienia i nie potrzebuję szukać czegoś więcej w świecie.
Po takiej przerwie realia życia uderzają w człowieka jak tsunami. I choć problemy są takie same jak przed świętami, to ten duchowy czas sprawia, że stają się one lżejsze, a człowiek czuje się nawet bardziej odważny w ich przyjmowaniu i rozwiązywaniu. To kolejny dowód, że może nie przede wszystkim ciało ma w nas odpoczywać, ale cała nasza dusza. Kiedy czytałem, że w tym roku bardzo popularną formą świątecznego spędzania czasu był pobyt w zamkniętych klasztorach, to jest w tym pewnie jakieś oddolne wyczucie, że nasza dusza bardzo potrzebuje odpoczynku w Panu.
O czym teraz myślę i medytuję? Nasze seminarium znów tętni życiem i jak zawsze całe moje modlitewne zaangażowanie zajmują klerycy. Jak żebrak staję przed Panem, mając przed sobą całą klerycką wspólnotę i najpierw pukam do serca Jezusa prosząc o świętość i kapłańską dojrzałość każdego z nich. Wiem doskonale jak mało mogę, już poznałem, że żadne zewnętrzne regulaminy na nic się nie zdadzą, jeśli ich serca będą twarde i fałszywe. Ale moje i ich serce może tylko zmienić Bóg, bo tylko Bóg ma dostęp do ludzkiego serca! Dlatego żebrzę u Boga o wszelkie potrzebne łaski dla ich powołania. Czasem w Bożej obecności i modlitewnej walce staję u drzwi serca każdego kleryka i proszę Ducha Świętego, by przenikał przez największe nawet mury ich serc, by dotykał wielu poranionych miejsc i uzdrawiał, by udzielał pewności i radości z wybranej drogi. Nigdy nie sądziłem, że bycie wychowawcą przyszłych kapłanów to nade wszystko duchowa walka, że to, co najważniejsze nie rozgrywa się tylko na powierzchni seminaryjnego życia. I choć ono jest niesłychanie ważne, to głęboko jestem przekonany, że muszę pomóc Bogu walczyć o duszę każdego powołanego do kapłaństwa, że muszę, razem z Jezusem stanąć u drzwi serca każdego z nich i żebrać, żeby mieli odwagę otworzyć i pozwolić Jezusowi działać bez żadnych ograniczeń.
Bardzo w tym wszystkim potrzebuję pomocy. Dziś przyszło do nas sporo sióstr zakonnych i razem modliliśmy się o powołania i za kapłanów. W najbliższy wtorek mamy modlitewne spotkanie małej grupy mężczyzn, z którymi modlę się za kapłanów i kleryków. Duch Święty nam podpowiedział, że skoro coraz więcej młodych ludzi, również tych w seminarium, nie ma ojców, albo ich ojcowie nigdy się za nich nie modlili, próbujemy to nadrobić. Zapraszam ojców rodzin i mężczyzn do takiej modlitwy za przyszłych kapłanów. W naszej wspólnocie Apostolstwa Modlitwy o Powołania codziennie modli się już kilkaset ludzi za kapłanów. Wierzę, że ta chmura modlitwy uświęci niejednego księdza i niejednego kleryka. Wierzę, że te modlitwy stwarzają Boże środowisko dla wzrostu ziaren powołania.
Od dwóch dni odkryłem nowego pomocnika mojej duchowej batalii o klerycką duszę. Proszę o wstawiennictwo u Boga błogosławionego kapłana Karola Leisnera. Zadziwił mnie jego życiorys. Urodzony w Niemczech w 1915 roku. W młodości wielki działacz katolickich wspólnot młodzieżowych. Potem kleryk i diakon. Mocno walczył o powołanie. Tuż po święceniach diakonatu zachorował na gruźlicę. W czasie leczenia głosił ludziom Chrystusa i głośno przeciwstawiał się ideologii Hitlera. Został za to zesłany do obozu koncentracyjnego, najpierw w Sachsenhausen, a potem w Dachau. Tam potwornie cierpi. Odnowiony atak gruźlicy sprawia, że trafia do bloku 26 - umieralni dla ciężko chorych. I kiedy wydawało się, że w tym miejscu kaźni czeka go już tylko śmierć, spotkał współwięźnia, francuskiego biskupa, który wyświęcił go na kapłana. Przyjął święcenia 17 grudnia 1944 roku, a w dzień św. Szczepana odprawił pierwszą i jedyną w swoim kapłańskim życiu Mszę świętą. Mimo, że żył jeszcze kilka miesięcy choroba nie pozwoliła mu odprawić więcej Mszy. Obóz został wyzwolony, ale Karol nie odzyskał już sił i zmarł w sierpniu 1945 roku. Mój, Boże - on odprawił tylko jedną Mszę świętą! Jak bardzo obdarował mnie Bóg, bo przecież w moim kapłańskim życiu odprawiłem już grubo ponad sześć tysięcy Mszy świętych!
Jeden z pierwszy duchowych zapisków bł. Ks. Karola Leisnera brzmiał: “Chryste, Ty jesteś moją pasją!” A ostatni: “Najwyższy, błogosław także mych wrogów!”.
Błogosławiony Księże Karolu módl się za wszystkich kapłanów świata, módl się za wszystkich powołanych do kapłaństwa i wypraszaj nam u Boga wiele nowych i dojrzałych powołań kapłańskich.

« Previous Entries